O autorze
Piotr Gajdziński – publicysta miesięcznika „Odra”, były dziennikarz „Wprost” i „Rzeczpospolitej”, publikował m.in. w „Polityce”, „Tygodniku Powszechnym” oraz „Życiu Gospodarczym”. Autor kilku książek, w tym wydanej we wrześniu 2014 roku biografii Edwarda Gierka pod tytułem „Gierek. Człowiek z węgla”. W styczniu 2017 roku na rynku ukazała się biografia Wojciecha Jaruzelskiego "Czerwony Ślepowron"

Breżniew: cierpieliśmy przez Gomułkę

Jak realizowali swoje przywództwo I sekretarze Komitetu Centralnego PZPR? Wzorem niedościgłym, acz krótkotrwałym, był oczywiście Władysław Gomułka, jedyny spośród – jak nazwał to w swojej książce profesor Jerzy Eisler – siedmiu „wspaniałych” (czyli siedmiu szefów partii komunistycznej), który cieszył się sporym poparciem społecznym. Trwało to jednak krótko.

Jak realizowali swoje przywództwo I sekretarze Komitetu Centralnego PZPR? Wzorem niedościgłym, acz krótkotrwałym, był oczywiście Władysław Gomułka, jedyny spośród – jak nazwał to w swojej książce profesor Jerzy Eisler – siedmiu „wspaniałych” (czyli siedmiu szefów partii komunistycznej), który cieszył się sporym poparciem społecznym. Trwało to jednak zaledwie kilka miesięcy, a najwyżej 2-3 lata, po Październiku 1956 roku. Gdy wówczas Gomułka wrócił do władzy, znacznej części Polakom wydawało się, że koniec epoki Bieruta oznacza też koniec sowieckiego poddaństwa. „Wiesław” sobie tego jednak nie życzył, choć jako jedyny szef PZPR potrafił się czasem gensekom postawić. Gdy kiedyś Nikita Chruszczow narzekał, że w Związku Sowieckim brakuje ludzi do wyrębu syberyjskich lasów i zaproponował, aby pojechali to robić polscy robotnicy, Gomułka odpowiedział, że Polacy już dość się narąbali drewna na Syberii.
Następcy „Wiesława” na tak niegrzeczne uwagi sobie nie pozwalali, bo przecież ich władza opierała się na poparciu Kremla. Gdy Edward Gierek, zwany wśród funkcjonariuszy Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego „Francuzem”, po raz pierwszy pojawił się na Kremlu w charakterze szefa polskiej partii komunistycznej, drżał jeszcze o swoją nową posadę i składał Breżniewowi bardzo daleko idące obietnice. zapowiadał m.in. wielkie zmiany na wsi, którą zamierzał dostosować na sowieckich wzorców (kołchozy). To była bardzo poważna obietnica, jedna z tych, których kremlowskim władcom nigdy nie udało się wycisnąć z Gomułki. Breżniew będzie później do tego wracał, z uporem maniaka podkreślając, że Polska – z silnym Kościołem katolickim i indywidualnym rolnictwem – wyróżnia się na tle innych państw obozu socjalistycznego. Gierek złożył też deklarację ściślejszej niż do tej pory współpracy z „ojczyzną wszystkich robotników”. „Chcemy, abyście poradzili nam, jak Polska może lepiej rozwijać współpracę gospodarczą z ZSRR. Nie potrzebuję zapewniać was o naszym stosunku do was, o naszej z głębi płynącej przyjaźni (…). Chcemy oderwać się od niedobrych praktyk orientowania się na Zachód. Obecnie jest tak – ale my to zlikwidujemy – że produkcja eksportowana do krajów kapitalistycznych jest premiowana wyżej niż do ZSRR. Ta decyzja wywołała negatywne reakcje w partii i w klasie robotniczej – kłamał Breżniewowi, być może zresztą nieświadomie, bo od lat żyjąc w partyjnym kokonie, niespecjalnie znał prawdziwe nastroje panujące wśród Polaków. – Chcemy, żeby specjaliści radzieccy pomogli nam w opracowaniu naszego planu i znalezienia dodatkowej możliwości współpracy ze Związkiem Radzieckim (…). Chcemy raz jeszcze pokazać, że naszym najlepszym przyjacielem jest Związek Radziecki, aby do końca wyrugować antyradzieckość”. To był hołd złożony suwerenowi przez niesfornego przez chwilę wasala. „Przyjechaliśmy do was, aby poinformować i poradzić się was” – mówił i nietrudno usłyszeć w tych słowach uniżony ton.
To było jak odnowienie hołdu lennego. Słowa, których nie powstydziłby się Bierut zwracający się do Stalina: „Postulujemy bliższą wymianę informacji oraz częstsze konsultacje w sprawach zagranicznych. Deklarujemy pełną gotowość do konsultacji naszych poczynań zarówno po linii partyjnej, jak i MSZ, w ramach Układu Warszawskiego. W pełni będziemy konsultować wszelkie działania polityczne wobec NRF i problemu niemieckiego, aczkolwiek jesteśmy zainteresowani we współpracy gospodarczej z NRF. Jeśli uda nam się uzyskać stamtąd nową technologię, to będzie ona służyć nie tylko Polsce, ale nam wszystkim. Jeśli chodzi o Chiny, całkowicie zgadzamy się z waszym stanowiskiem i wyrażamy pełne poparcie dla waszej polityki” – pieścił uszy genseka nowy I sekretarz KC PZPR. Słysząc te słowa, Breżniew musiał być wdzięczny stoczniowcom, że doprowadzili do odejścia Gomułki. Skarżył się zresztą podczas tej rozmowy na „Wiesława”, wskazując tym samym drogę, którą powinien kroczyć jego następca. „Jesteśmy partią, a nie handlarzami. Szczerze mówiąc, w ostatnim czasie odnosiliśmy wrażenie, że Gomułka użera się z nami o każdą kopiejkę, jak kramarz – tłumaczył Gierkowi. – Z rozdrażnieniem przedstawiał problemy. Jako starszy brat nie chcieliśmy krzywdzić młodszego, więc cierpieliśmy”.
Wojciech Jaruzelski także zwracał się do Breżniewa z uniżonością wasala. „Witajcie, drogi mi i głęboko szanowany Leonidzie Iljiczu” – przywitał genseka podczas ich pierwszej rozmowy telefonicznej po obaleniu Stanisława Kani.



Ale do stosunków między Warszawą i Moskwą jeszcze wrócę. Teraz o przywództwie.

Gdy przygotowywałem biografię Edwarda Gierka (właśnie trafiła do księgarni, wyszła nakładem Wydawnictwa Poznańskiego pod tytułem „Gierek. Człowiek z węgla”), zapytałem profesora Pawła Bożyka, ekonomicznego doradcę Edwarda Gierka i jego niestrudzonego obrońcę, na czym właściwie polegało przywództwo „Sztygara”. „Na unikaniu konfliktów. Gierek mówił: mamy dużo problemów, ich rozwiązanie zajmie całe dziesięciolecia, ale podpowiadajcie, pomagajcie”. Niewiele.
Przez pierwsze lata Gierek uchodzi w centralnym aparacie PZPR za parweniusza. Uważany jest za przejściowego „wodza”, kogoś na wzór Ochaba, który ma przeprowadzić partię i Polskę przez Morze Czerwone, a później wrócić na prowincję. Jeśli w tym okresie partyjny aparat orientował się na nową ekipę, to pożądliwym okiem spoglądał raczej na dobrze mu znanego Piotra Jaroszewicza. Ten urodzony w Nieświeżu koło Nowogródka niegdzisiejszy nauczyciel, później oficer polityczny ludowego Wojska Polskiego, był już wówczas dobrze znany na korytarzach władzy. Od początku Peerelu pałętał się po najważniejszych nomenklaturowych gabinetach. Był członkiem Komitetu Centralnego PPR i PZPR, a od 1964 roku zastępcą członka Biura Politycznego, wiceministrem obrony narodowej i głównym kwatermistrzem Wojska Polskiego, zastępcą przewodniczącego Komisji Planowania Gospodarczego, wreszcie od listopada 1952 roku wiceprezesem Rady Ministrów. Po drodze zaliczył kierowanie ministerstwem górnictwa, a w latach 1955-1970 był przedstawicielem Polski w Radzie Wzajemnej Pomocy Gospodarczej.
Przewagą Jaroszewicza był prowincjonalizm Gierka. „Sztygar” przez wiele lat był właściwie poza Białym Domem, siedział na swoim ulubionym Śląsku i w rodzinnym Zagłębiu, tylko od czasu do czasu – acz niezbyt chętnie – zjawiając się w stolicy. Nie zna przez to zbyt dobrze centralnego aktywu partyjnego. „Jaroszewicz wiedział znacznie więcej od Gierka co się działo w Warszawie i kraju, rzecz nie bez znaczenia na centralnym stanowisku” – tłumaczył Zdzisław Rurarz, poprzednik profesora Bożyka na stanowisku doradcy ekonomicznego. Dodawał on także, że premier był człowiekiem obdarzonym inteligencją, „szalonym temperamentem, graniczącym z tupetem i nawet chamstwem, a w dodatku był to człowiek pracowity. Raczej nieszczęście w takiej sytuacji. Jaroszewicz w gospodarce był dosłownie zakochany. Jeżeli ktokolwiek chciał się nią zajmować, z Gierkiem włącznie, to Jaroszewicz dostawał wręcz ataków zazdrości. Doszło nawet do tego, już za moich czasów, że zakazywał udzielania przez podległy mu aparat rządowy jakichkolwiek informacji aparatowi partyjnemu, z sekretarzami KC włącznie” – napisał w swoich wspomnieniach Rurarz.
Podczas posiedzeń Biura Politycznego utarł się nawet zwyczaj, że to Jaroszewicz, a nie Gierek, podsumowywał obrady. Gdy zapytałem Wojciecha Jaruzelskiego, który od 1971 roku zasiadał w Biurze Politycznym, kto właściwie w latach siedemdziesiątych miał większą władzę: Gierek czy Jaroszewicz, odpowiedział raczej ambiwalentnie: „Oczywiście Gierek, choć w obszarze ekonomii główną postacią był rzecz jasna Jaroszewicz. To on przedstawiał propozycje, które później Gierek i Biuro Polityczne akceptowało. Gierek miał swoją wizję, swoje pomysły: budować to, budować owo. Ale Gierek nie miał aparatu, który byłby zdolny te koncepcje wdrożyć w życie. Ten był w rękach Jaroszewicza. Oni zresztą bardzo długo, na pewno do 1976 roku, byli bardzo zgraną i zgodną parą”. Pośrednio na to pytanie odpowiedział mi także Józef Tejchma. „Decydującą rolę w życiu państwa odgrywał aparat partyjny. Stworzyłem nawet formułę, która jak sądzę nie odbiega od prawdy: aparat miał wpływ na wszystko i za nic nie odpowiadał – tłumaczył mi były wieloletni członek Biura Politycznego. – Gierek wyrósł z aparatu, uważał go za sól systemu. I sekretarz w województwie był pierwszy, Gierek nigdy nie szukał innych autorytetów”.

Właśnie. „Gierek wyrósł z aparatu, uważał go za sól systemu”. Tymczasem popularna teza, upowszechniona przez Janusza Rolickiego na początku lat dziewięćdziesiątych głosi, że Gierek nie był ulubieńcem aparatu i właśnie to stało się przyczyną jego klęski. Ale to nieprawda. Jego władza opierała się właśnie na partyjnym aparacie.
O tym właśnie w następnej części…
Trwa ładowanie komentarzy...