Orgazm władzy

Po pobycie Gierka na Kubie, na posiedzeniu Biura Politycznego odczytano krótkie sprawozdanie z przebiegu wizyty. Głos zabrał Edward Babiuch, członek tego gremium odpowiedzialny za sprawy organizacyjne: „Towarzysze, notatka nie oddaje wszystkiego. Towarzysz Gierek, wszyscy wiedzą, jest skromny i nie chce o tym mówić, ale ja w swoim partyjnym sumieniu muszę powiedzieć, że gdy słuchałem rozmowy Gierka z Fidelem Castro, to odniosłem wrażenie, że rozmawia profesor Gierek ze studentem Fidelem Castro”.

Planowałem dziś kilka słów o aparacie partyjnym, ale rozmawiałem właśnie z redaktorem Leszkiem Waligórą z „Głosu Wielkopolskiego”, który był tak uprzejmy, że zainteresował się moją książką o Gierku. Podczas tej rozmowy sporo rozmawialiśmy o tym, nawiązując zresztą do czasów współczesnych, jak bardzo władza psuje ludzi. Chyba wszystkich, nie wyłączając nam współczesnych, ale przede wszystkim władców funkcjonujących w ustrojach autorytarnych i totalitarnych. Ci bowiem nie mają żadnych hamulców.

Prześledzę ten proces na przykładzie Gierka. Sztygar zjawia się w Warszawie jeszcze podczas trwającej na Wybrzeżu masakry robotników. Ma już za sobą ponad dwadzieścia lat zasiadania na szczytach peerelowskiej władzy, z czego trzynaście lat jest „śląskim księciem”. Ale zachowuje jeszcze kontakt z rzeczywistością.
Początkowo niezbyt dobrze czuje się w Warszawie. „Moja warszawska pozycja była słaba, dla wielu byłem prowincjonalnym intruzem” – mówił po latach. Świetnie zdawał sobie sprawę z niechęci centralnego aktywu, która wynikała w dużym stopniu z tego, że przyjechał do stolicy z prowincji. Zaraz po objęciu nowej funkcji pożegnał się z aktywistami śląskiej organizacji partyjnej, co zresztą było istotną nowością w dotychczasowej praktyce PZPR, i przestrzegł ich przed triumfalizmem. Najwyraźniej bał się reakcji ze strony aparatu partyjnego centrali i innych województw. Ale wkrótce to się zmieniło. „wielka czystka” wymiotła starych działaczy z gomułkowskiego zaciągu. Zastąpili ich ludzie wybrani przez nową ekipę.
Tymczasem jednak czuje się w Białym Domu osamotniony. „Potrzeba posiadania bliskich sobie, rozumiejących moje intencje przyjaciół, stała się nieodzowna” – wspominał. Tym bardziej, że niezbyt dobrze radzi sobie z nowymi obowiązkami. Przerażała go czekająca codziennie przed gabinetem długa kolejka interesantów. Poza politykami, także zagranicznymi, mieli w niej wystawać – jak wspominają współpracownicy I sekretarza – pracownicy różnych resortów i przedsiębiorstw, przedstawiciele środowisk zawodowych (literaci, lekarze, górnicy...), kościelni hierarchowie. „W pierwszych miesiącach system, w którym na szczycie prawie o wszystkim musiał decydować lub akceptować I sekretarz KC, przygniótł mnie zupełnie. Do wielu spraw nie byłem przygotowany – przyznał we wspomnieniach. – Postanowiłem przerwać to błędne koło. Wiedziałem bowiem, że złamie mnie ono fizycznie, a zwłaszcza psychicznie. Nigdy nie byłem autokratą, nie mam predyspozycji w tym kierunku i próby usadowienia mnie na tronie ciążyły mi bardzo”. Gierek mógł tego nie lubić, ale ten system tak właśnie funkcjonował. Pracownicy KC, szefowie instytucji państwowych, pierwsi sekretarze Komitetów Wojewódzkich, przyzwyczajeni do stylu pracy Wiesława, który decydował o najdrobniejszych sprawach, nie umieli sami podejmować decyzji, więc pielgrzymowali do Sztygara. Tak było zresztą bezpieczniej. Nie znając nowego wodza, jego planów, pomysłów i przyzwyczajeń, woleli wysłuchać decyzji niż brać odpowiedzialność na swoje barki. Zachowywali się tak, jak dzisiaj w momencie zmiany prezesa zachowują się pracownicy korporacji.
Tym bardziej, że partię sparaliżował strach. Józef Tejchma gościł w pierwszych miesiącach nowej epoki na plenum Komitetu Wojewódzkiego w Krakowie. W oczach działaczy dostrzegał lęk. Bali się, że odejście „pierwszego” uruchomi cały łańcuch zmian, że „doły partyjne” zaczną być aktywne, żądać nowego – zanotował swoje refleksje w dzienniku. Ten strach przed zmianami był zresztą w pełni uzasadniony. „Musisz złożyć hołd Edwardowi” – usłyszał jeden z nominowanych jeszcze przez Gomułkę pierwszych sekretarzy KW, który po przyjściu Gierka wypytywał co powinien zrobić, aby zachować stanowisko. Hołdy składali więc wszyscy, wychwalając Sztygara za rolę, którą odegrał w uśmierzeniu rewolucyjnych nastrojów w grudniu 1970 roku, jego śląskie osiągnięcia, wizję zmian. Erupcja nastąpiła rok po objęciu przez Gierka stanowiska szefa partii, podczas VI, czyli pierwszego „gierkowskiego” zjazdu PZPR. Józef Tejchma napisał, że dominowało na nim „klakierstwo, wszystkie przemówienia sekretarzy wojewódzkich były jednako pochwalne pod adresem Gierka. Nie było żadnej dyskusji, bo wszyscy mieli takie samo zdanie jak Sztygar”. Wkrótce podobna pragmatyka zaczęła obowiązywać podczas posiedzeń Komitetu Centralnego, formalnie najważniejszego partyjnego gremium między zjazdami. Za Gomułki w dyskusji z reguły brało udział wiele osób, których Wiesław wysłuchiwał, choć z rosnącą w miarę upływu czasu irytacją, a później podsumowywał dyskusję. Za Gierka to się skończyło, nikt nie chciał zabierać głosu, bo najwyżsi funkcjonariusze PZPR byli zdania, że to bezcelowe. „Gierek unikał stanowiska i może dlatego ludzie uważają, że nie ma sensu wchodzić na trybunę” – napisał w swoim dzienniku Józef Tejchma.
Nowy I sekretarz triumfował. Coraz bardziej poddawał się partyjnej biurokracji, coraz chętniej słuchał pochwał i strzelistych adresów podwładnych, z coraz większą niechęcią reagował na krytyczne, a choćby tylko mniej entuzjastyczne uwagi. Dał się nieść fali. Ale czy mogło być inaczej? Pod niebiosa wynosili go nie tylko pracownicy aparatu, ale także największe tuzy kultury. „Drogi Towarzyszu Gierek” – mówił do niego już kilka miesięcy po objęciu władzy Jarosław Iwaszkiewicz, wówczas prezes Związku Literatów Polskich. Zdaniem Franciszka Szlachcica, bardzo wnikliwego obserwatora życia pezetpeerowskiej wierchuszki pierwszej połowy lat siedemdziesiątych, „odlot” Gierka rozpoczął się w 1973 roku, gdy ten mocno rozsiadł się w siodle. Krytykę, i tak z natury tego systemu lichutką, zastąpiło wychwalanie I sekretarza. Stało się to, jak twierdzi Szlachcic, codziennością w Biurze Politycznym. „Wszystko co dobre, musiało być zasługą Edwarda” – tłumaczył w swoim wywiadzie-rzece. I dodawał: „Gierek miał w sobie wyjątkowo dużo próżności i nie potrafił nad tym panować. Tę jego próżność podsycała propaganda, którą robił Łukasiewicz, ale także Szydlak, Kania i inni. Proszę sobie wyobrazić taką codzienną sytuację. Zaczyna się dzień, Gierek przychodzi do biura, bierze Trybunę Ludu ze swoim zdjęciem na pierwszej stronie i artykułem wstępnym, jak to słusznie towarzysz Gierek powiedział, wystąpił, oglądnął. Za chwilę przychodzi Łukasiewicz: Towarzyszu Edwardzie, dobrze ludzie o was mówią. Przychodzi Babiuch – to samo. Dzwoni Szydlak i mówi, że są bardzo pozytywne odgłosy”. Przykład? Po pobycie Gierka na Kubie, na posiedzeniu Biura Politycznego odczytano krótkie sprawozdanie z przebiegu wizyty. Głos zabrał Edward Babiuch, członek tego gremium odpowiedzialny za sprawy organizacyjne: „Towarzysze, notatka nie oddaje wszystkiego. Towarzysz Gierek, wszyscy wiedzą, jest skromny i nie chce o tym mówić, ale ja w swoim partyjnym sumieniu muszę powiedzieć, że gdy słuchałem rozmowy Gierka z Fidelem Castro, to odniosłem wrażenie, że rozmawia profesor Gierek ze studentem Fidelem Castro”.
Gdy w styczniu 1973 roku I sekretarz KC PZPR obchodził sześćdziesiąte urodziny, odbyła się mała uroczystość dla członków najwyższych władz. Gierkowi wręczono jego portret, na którym na ramieniu szefa partii wspierała się żona, a Henryk Jabłoński powiedział, że „marksiści już dawno rozwiązali teoretycznie problem roli jednostki w historii, lecz w praktyce problem ten rozwiązany został w naszym kraju dopiero w Twojej, Edwardzie, osobie”. Inny członek partyjnego areopagu dodał: „Kiedy rozważam Twoje życie, Edwardzie, muszę stwierdzić, że z okazji sześćdziesięciolecia naród polski powinien pogratulować przede wszystkim sobie, że ma takiego przywódcę. Chcemy Cię nie tylko kochać i podziwiać, ale wiernie wypełniać Twoje polecenia”.
Czy on, prosty górnik, nie mógł dostać od tych hołdów zawrotu głowy? Czy mógł im się oprzeć, skoro wszędzie wychwalano jego geniusz? Ulegali dużo inteligentniejsi i bardziej przenikliwi władcy.
A na początku było inaczej. Gdy żegnał się z działaczami śląskiej organizacji partyjnej zachęcał, w swoim stylu, do krytyki: „Należy zaprzestać mówienia kierownictwu partii tylko rzeczy przyjemnych” – ogłosił. Była w tym oczywiście kokieteria, ale było też chyba zagłębiowsko-śląskie wychowanie i życiowe doświadczenie. Przykładów można znaleźć więcej. Cecylia Budzyńska, w latach pięćdziesiątych posłanka na Sejm, członek Komitetu Centralnego PZPR, później związana z KOR-em i „Solidarnością”, była świadkiem, jak na początku lat siedemdziesiątych Edward Gierek przyjechał do Koszalina. Przedstawiono mu program „wizyt w terenie”, ale Sztygar się zbiesił. Zażądał planu województwa i pojechał tam, gdzie chciał. Szybko jednak poddał się partyjnej biurokracji. „Sam bardzo szybko się zorientował, że nie tędy droga, bo takimi metodami zrazi do siebie cały aparat partyjny, a więc całą partię, bo partia to przecież aparat. Działając zaś wbrew aparatowi, nie można się utrzymać” – tłumaczyła Budzyńska Teresie Torańskiej.

Czy w tej sytuacji można się dziwić, że Gierek za czasem coraz mocniej przeżywał, jak to nazwie Franciszek Szlachcic, „orgazm władzy”? Że roił o zbudowaniu polskiej wyspy przy Antarktydzie, o polskiej broni atomowej. W końcu, że uwierzył, że jest wielkim przywódcą a Polska dziesiątą gospodarczą potęgą świata?
Trwa ładowanie komentarzy...