Słodki zapach luksusu

O Gierku trochę już było, więc teraz trochę miejsca poświęcę codziennemu życiu w gierkowskiej epoce. Polacy zachowali we wspomnieniach bardzo wyidealizowany obraz lat siedemdziesiątych, o lata świetlne oddalony od rzeczywistości. Trzeba jednak przyznać, że był to czas daleko bardziej kolorowy niż pełne upiorów lata sześćdziesiąte i pełne Zomoli oraz octu na półkach rządy Wojciecha Jaruzelskiego. Nie bez przyczyny już na początku lat osiemdziesiątych na murach pojawiły się napisy „Wracaj Gierek do koryta, lepszy złodziej niż bandyta”.

Po tragicznym Grudniu 1970 roku, Gierkowi i jego kamaryli udało się przewietrzyć Polskę i wpuścić nad Wisłę trochę świeżego powietrza. Nagle sklepowe półki zaroiły się od towarów, których ani przedtem, ani długo potem, niemal nie było. O przyczynach tego konsumpcyjnego boomu napiszę innym razem. Dzisiaj o lepszej, bardziej kolorowej i wesołej stronie Peerelu.



Partia, która zawsze miała ambicję organizowania całego życia każdego obywatela, straciła wpływ na młodzież już w końcu lat sześćdziesiątych, ale prawdziwy wybuch emancypacji tej grupy miał miejsce podczas rządów Gierka. Co więcej, uznano, że próby narzucania młodym pożądanych kanonów zachowania rozbijają się o mur obojętności, niechęci, a co najgorsze – buntu. Tymczasem celem ekipy gierkowskiej było zdobycie akceptacji młodzieży dla wprowadzanych w kraju zmian. Ekipa Gierka wyraźnie schlebiała młodzieży – napisał w książce PRL. Trwanie i zmiana Krzysztof Kosiński. – Odkrycie, dokonane przez władze, polegało na stwierdzeniu, że słuchanie na przykład The Beatles i czesanie się na „beatlesa” wcale nie musi szkodzić komunizmowi. Dzisiaj trudno docenić wagę tej zmiany, skoro jeszcze w latach pięćdziesiątych taniec miał być po prostu formą wyrażania poparcia dla władzy ludowej. Diagnoza nie była zresztą prawdziwa, komunizmowi owa „beatlesowska” fryzura i zachodnia muzyka zaszkodziły potężnie.

Młodzież zbiesiła się na gomułkowski purytanizm i bez skrępowania rzuciła w wir zabawy. O ile w latach sześćdziesiątych pieprzyku prywatkom dodawała butelka słodkiego wina, to za Gierka pito już wódkę. Coraz więcej i więcej… Także dlatego, że o ile w poprzedniej dekadzie młodzi z reguły bawili się pod czujnym okiem dorosłych, to teraz uwolnili się od tej uciążliwej kurateli. I coraz odważniej sięgali po owoce zakazane. Pisma dla młodzieży pełne były przestróg przed „przygodnym seksem”. „Dziewczyna, która daje dowód miłości w warunkach prymitywnych, po prywatce, na której chłopak pił alkohol – marnuje swój start. Nie jest to obojętne dla dalszych doświadczeń” – przestrzegała w „Filipince” w 1972 roku dr Wanda Grabkowska. Po latach Gomułki szokiem były nie tylko zdjęcia nagich panienek, publikowane na ostatniej stronie tygodnika „Perspektywy”, ale także – a może przede wszystkim – artykuły na temat seksu profesora Mikołaja Kozakiewicza i Michaliny Wisłockiej. Jej wydana w 1976 roku Sztuka kochania zrewolucjonizowała polskie życie erotyczne, a książka natychmiast zniknęła z księgarskich półek i stała się gorącym towarem w antykwariatach. Nie wszystkim się to jednak podobało. Na początku lipca 1971 roku Józef Tejchma, wówczas jeden z najważniejszych członków Biura Politycznego Komitetu Centralnego, dostał list od jakiegoś działacza społecznego z prowincji, a w nim fotografię wyciętą ze studenckiego tygodnika „ITD”, przedstawiającą młodą kobietę w majtkach i biustonoszu. Społecznik zapałał świętym oburzeniem. Tym większym, że dostrzegł na zdjęciu „między udami widoczny puszysty meszek, a w biustonoszu sztucznie nabrzmiałe piersi” – napisał. Nerwowość czytelnika potęgowało jeszcze to, że w tym samym numerze redakcja opublikowała ideologiczne przemówienie Tejchmy.

Jak grzyby po deszczu zaczęły w kraju wyrastać dyskoteki. Jako pierwsza swoje podwoje otworzyła „Estrada” – inne źródła podają, że palma pierwszeństwa należy się sopockiemu Grand Hotelowi – a dwa lata później, w 1974 roku, można było już szaleć w setce tego rodzaju przybytków. „Muzyka z płyt, pełna stereofonia, konferansjerzy zapowiadają kolejne nagrania” – entuzjazmowała się „Filipinka”, wówczas jeden z najpopularniejszych tygodników. Jonasz Kofta był bardziej powściągliwy, według którego dyskoteka to „miejsce, gdzie popkultura trzyma za mordę kulturę, gdzie barman ocenia wartość programu, a prostytutka lub cinkciarz decydują o tym, jaką płytę ma nastawić prezenter i ile razy ma ją powtórzyć”.

Urzędnicy odpowiedzialni za politykę kulturalną i starsi towarzysze trochę się zżymali i próbowali przeciwstawiać się „zachodniemu stylowi życia”. Na początku lat siedemdziesiątych Komisja ds. Młodzieży Komitetu Centralnego orzekła, że „Pieśni i piosenki posiadają wielkie znaczenie wychowawcze”. Oczywiście nie wszystkie. „W wielu z nich znajdują odzwierciedlenie istotne wydarzenia z życia narodu – walki narodowo-wyzwoleńcze, walki klasowe ruchu robotniczego, na przykład Marsz kajdaniarski, pieśni związane z Wielką Socjalistyczną Rewolucją Październikową, wojną domową w Hiszpanii”. Dodawano także, że „wiele zrobiono w dziedzinie popularyzowania piosenki radzieckiej. Wyeliminowano w zasadzie wykonywanie piosenek w językach zachodnich”. Było to typowo komunistyczne zaklinanie rzeczywistości, bo dyskotekowa rąbanka, najczęściej zachodnia, rozbrzmiewała już jak kraj długi i szeroki. Niewielu też przejmowało się zaklęciami wypowiadanymi w Białym Domu, jak powszechnie nazywano Dom Partii, a jeszcze mniej chciało śpiewać Marsz kajdaniarski. Dyskoteki podbijały coraz mniejsze miasteczka, a do organizowania dyskotek namawiała nawet prasa. „Idziemy do kierownika domu kultury, przedstawiamy świetlany plan działania, sięgając po tak przekonujące argumenty jak to, że za pośrednictwem dyskotek będziemy kształtować wrażliwość muzyczną młodzieży – pisała w 1975 roku „Filipinka” – popularyzować polską muzykę, że unikniemy przestępczości wśród nieletnich, zajmując im czas w atrakcyjny sposób”. Władza owe „przybytki młodzieżowej kultury” popierała , bo dyskoteki „były konsekwentnym realizowaniem zasady zamykania młodzieży w getcie” – napisała w pracy Rock w PRL-u Anna Idzikowska-Czubaj.

Dyskoteki szybko zdystansowały popularne za Gomułki prywatki i stały się wręcz pokoleniowym doświadczeniem młodzieży lat siedemdziesiątych. Wyrosła wokół nich prawdziwa subkultura, która miała imitować zachodni styl życia. Młodzi ludzie porzucili szare, niewyróżniające się w tłumie ubrania, na rzecz kolorowych i krzykliwych. Nie było to proste, bo państwowy przemysł nie rozpieszczał Polaków, ze wszystkich sił starając się ich wbić w workowate spodnie i szarobure kurtki oraz kiepskiej jakości buty. Ratunku poszukiwano „na ciuchach”, w gazetowych poradach oraz w przysyłanych z Zachodu kolejnych numerach „Burdy”. Rady dla utalentowanych krawcowych można było znaleźć także w prasie. Bodaj największym powodzeniem cieszyła się cotygodniowa rubryka „Moda” w tygodniku „Przekrój”, w której felietony i projekty publikowała Barbara Hoff, kiedyś żona Leopolda Tyrmanda. W końcu lat siedemdziesiątych Hoff, która powie później, że chciała nie tylko podpowiadać Polsce, jak się ma ubierać, ale sama tę Polskę ubierać, założyła Hoffland, absolutny ewenement dobrego stylu w krajach obozu socjalistycznego. Jej sprzedawane w Domach Towarowych Centrum ciuchy cieszyły się ogromnym powodzeniem i na długi czas zawładnęły gustami przede wszystkim Polek. Niestety, szczęściarzy, którzy zdołali się dopchać do półek, było niewielu. Ciuchy z Hofflandu cieszyły się zresztą dobrą sławą również poza Polską. Nie tylko one, bratnie narody Związku Radzieckiego i innych krajów socjalistycznych zazdrościły nam też wyrobów przemysłu kosmetycznego. Gdy w Moskwie zorganizowano wystawę pod hasłem „Wyprodukowano w Polsce”, podczas której Pollena i Uroda rozdawały próbki swoich produktów, mieszkanki Moskwy przypuściły na te dwa stoiska regularny szturm. Zwiezione do stolicy Związku Radzieckiego zapasy szybko się wyczerpały i trzeba było ściągać z Polski uzupełnienie. Breżniew powiedział później Gierkowi z przekąsem: „Wzbogaciłeś się Edward, zaczynasz czynić prezenty moskwiczankom”.

W latach siedemdziesiątych w Polsce zrobiło się, nieomal, światowo. „Gdzieś tak koło 1974 roku, urządzając w domu imprezę, przy odrobinie szczęścia mogłem mieć na stole: do picia luksemburskiego szampana, francuskie brandy, piwo w puszkach, bywało że i Heinekena, oczywiście colę, kawę Select, herbatę Twinings, aha, jeszcze pomarańczowy soczek Dodoni” – wspominał w książce Bananowy song Krzysztof Masłoń, później znakomity dziennikarz działu kultury „Rzeczpospolitej”. Ale jednak było „nieomal światowo”, przy czym „nieomal” czyniło różnicę. Sporą. „Oczywiście wszystko to mieć mogłem, ale po pierwsze – nigdy razem, bo albo jednego artykułu nie było, albo drugiego, a po drugie – za ile. Z innymi wiktuałami było identycznie: o tym, że dogoniliśmy świat, przekonywać miały kawiorowe pasty i puszki z zupą z rekina, na które – jak wiadomo – zapotrzebowanie na Mazowszu i Podlasiu było niebywałe. W Warszawie przestały być na krótko rarytasem solone orzeszki, czekolada z orzechami, a i paczkowana krojona szynka konserwowa (kupno puszki Krakusa niezmiennie uważano za uśmiech losu). A w kiosku, jeszcze bez specjalnych podchodów, kupowało się papierosy Marlboro”.

Niestety, na ogół w sklepach brakowało nie tylko kawiorowej pasty i zupy z rekina. „Byłam u koleżanki w Goryszach, powiat Ciechanów. Cięli wtedy rzepak. Gospodyni była w rozpaczy, co dać na obiad ludziom. Doradziłam jej naleśniki z serem i zupę jarzynową. Odpowiedziała mi, że taki obiad mogą jeść ludzie w mieście – pisała w 1972 roku w liście do telewizji Irena J. z Warszawy. – Ludzie na wsi, ciężko pracujący od świtu do nocy, muszą jeść mięso i kiełbasę. Ponieważ w tamtejszej spółdzielni w Chotomiu nie było nic, wybrałam się do Ciechanowa (6 km autobusem). W trzech tamtejszych sklepach nie znalazłam ani kawałka kiełbasy, choćby tej najtańszej zwyczajnej. Moim zdaniem rolnikowi trzeba pomóc, żeby choć w żniwa miał kawałek kiełbasy. Wodę ma w studni”. Trzy lata później Józef R. z Częstochowy w liście do władz opisywał z kolei problemy z oponą do motoroweru Pegaz, której nikt nie potrafił naprawić. „Postanowiłem kupić nową, ale w sklepach nie ma. Napisałem więc do producenta tych motorowerów, do Bydgoszczy. Odpowiedzieli mi, że detalicznie nie sprzedają, wskazali mi Polmozbyt w Gliwicach. Napisałem. Odpowiedź: »Nie posiadamy na stanie magazynowym«. Skierowano mnie do Polmozbytu Poznań. Odpowiedź: »Zamówionego ogumienia nie posiadamy chwilowo i prosimy złożyć ponownie zamówienie na przyszły rok«”. Częstochowianin kończył swój list dramatycznym, wręcz egzystencjalnym pytaniem: „Co mam robić, gdzie mam szukać, na czym jeździć”.

Na razie jednak bal się rozkręcał. Żytnio-ziemniaczany komunizm Gomułki stawał się coraz bardziej odległym wspomnieniem, wypierany przez soczki Dodoni, czekolady z orzechami, a w końcu nawet przez coca-colę. W 1974 roku ruszyła w Polsce produkcja tego amerykańskiego napoju, o którym jeszcze w latach pięćdziesiątych mówiono, że to „imperializm w płynie”. Coca-cola oficjalnie po raz pierwszy pojawiła się w Polsce w 1957 roku, cztery lata po śmierci Stalina i rok po śmierci Bieruta, na stoisku amerykańskim na Międzynarodowych Targach Poznańskich. Wywołała euforię, ale oczywiście nie trafiła do sklepów. Kilkaset butelek, które pozostały po targach, rozdano działaczom partyjnym, spróbowali go też nieliczni szczęśliwcy, którym podczas targów udało się dopchnąć do amerykańskiego stoiska. Czternaście lat później na negocjacje do Polski przyjechali z Rzymu przedstawiciele The Coca-Cola Company, a umowę licencyjną o podjęciu produkcji napoju podpisali wicepremier Mieczysław Jagielski oraz prezes Paul Graul, Czech z pochodzenia.

Szczytowym osiągnięciem gierkowskiego konsumpcjonizmu był jednak koncert szwedzkiej grupy ABBA, wtedy jednego z najpopularniejszych zespołów na świecie. Szwedzi zjawili się w Polsce w październiku 1976 roku z hitami, które miały się wkrótce znaleźć na płycie „Arrival”. Promujący ją singiel „Dancing Queen” staje się numerem jeden w Stanach Zjednoczonych, a później znajdzie się na liście stu najważniejszych piosenek w historii muzyki przygotowanej przez magazyn „Roling Stone”. Już po koncercie w Studio 2, płyta „Arrival” zostanie numerem jeden w Wielkiej Brytanii, Niemczech Zachodnich, Austrii, Holandii, Szwecji, Norwegii, Danii, Australii, Nowej Zelandii, Meksyku i Zimbabwe. Po bilety na planowany na styczeń 1977 roku koncert w londyńskiej Royal Albert Hall – planowany na 6 tysięcy osób – zgłosi się 3,5 miliona fanów. Ale przeboje z tej płyty jako pierwsi usłyszą widzowie gierkowskiej telewizji. „Nigdy wcześniej ani później w historii polskiego show-biznesu nie wydarzyło się coś podobnego. Nawet dziś trudno to sobie wyobrazić. To było wydarzenie na skalę, którą można by porównać do przyjazdu do Polski zespołu Bee Gees przed wydaniem sundtracku »Saturday Night Fever«, Madonny bezpośrednio przed »True Blue«, albo samego Michaela Jacksona przed premierą »Thrillera«” – napisał w wydanej w 2013 roku książce ABBA w Polsce Maciej Orański.

Przyjazd szwedzkich gwiazd zorganizowano z rozmachem. Do Sztokholmu wysłano specjalny samolot LOT-u, zespół zakwaterowano w wybudowanym właśnie hotelu „Forum”, wówczas najnowocześniejszym budynku stolicy, stworzono specjalną, bardzo oryginalną scenografię. Na smycz wzięto nawet cenzurę, która zgodziła się, aby ABBA zaśpiewała „Fernando”, utwór, który kilka miesięcy po wypadkach w Ursusie i Radomiu powinien się funkcjonariuszom Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk niezbyt dobrze kojarzyć: „Ile to lat nie miałeś karabinu w swoich rękach/ Czy słyszałeś werble Fernando? Jak dumny byłeś, walcząc o wolność tej ziemi?/ Coś wisi w powietrzu, gwiazdy błyszczą dla mnie, dla Ciebie i dla wolności, Fernando” – śpiewały Anni-Frid Lyngstad i Agnetha Fältskog. Zdecydowało z pewnością to, że niewielu Polaków „posiadało” wówczas język angielski.

Ogromne nakłady na telewizję miały swój cel. Stefan Kisielewski napisał w Dziennikach, że „Szczepański [szef telewizji] uprawia bardzo sprytną politykę. Daje mnóstwo amerykańskich filmów, coraz lepsze programy rozrywkowe i sportowe i oto cała Polska siedzi bez przerwy przed telewizorem i nie myśli, tylko chłonie tę opiumową strawę. Ameryka – opium dla ludu, to dobre hasło – ten spryciarz wie dobrze, że jakby pokazywał Rosję, toby ludzi szlag trafił. I tak Polska śpi – a oni rządzą”.

I jeszcze jeden cytat z nieocenionego Kisiela, tym razem o Gierku: „Cwany facet, ma swoją linię, pragmatyczną i bojaźliwą, ale ma (…). To Wielki Usypiacz, chce dać chleba i igrzysk, politykę chowa dla siebie”.
Trwa ładowanie komentarzy...