Gierkowskie dolce vita

Kupowanie w Peweksie nobilitowało, sklepy tej sieci stały się substytutem londyńskiego Harrodsa lub paryskiej Galleries Lafayette. Większości obywateli Peerelu nie było wprawdzie stać na kupno markowych dżinsów – zadowalali się, choć z bólem serca i poczuciem obciachu, wyrobami z polskich fabryk – ale aby zadać szyku kupowali u cinkciarzy dwa dolary lub częściej bony i gestem szejka z Bahrajnu lub nafciarza z Teksasu nabywali pół litra „Żytniej” oraz paczkę „Dunhilli” lub „Lucky Strików”. Niezapomniane uczucie. Poznałem je w końcu lat siedemdziesiątych, podczas licealnych wyjazdów do poznańskiego Teatru Nowego. Wizyta w Peweksie przy ulicy Świerczewskiego (teraz Bukowskiej) w Poznaniu była nieodłącznym elementem tych wypraw i, przyznaję to ze wstydem, dostarczała większych emocji niż spektakle teatralne. Takie małe, gierkowskie dolce vita.

Gierek umyślił sobie, że przepisem na sukces i podbicie serc społeczeństwa jest skopiowanie w całym kraju swoich – i wojewody Jerzego Ziętka – osiągnięć z „Katangi”. W 1973 roku Stefan Kisielewski bawił w Beskidzie Śląskim. „Gierek potroszczył się tu na Śląsku o urok życia dla robotników – napisał w „Dziennikach”. – Jechałem kolejką z Szyndzielni, oglądałem pod Szyndzielnią urządzenia rekreacyjne, piłem piwo (nędzne, ale łatwo dostępne), jadłem obiad w schronisku (zimny, ale możliwy), widziałem motoryzację – zbiorowa świetna, w postaci wygodnych fabrycznych autokarów, indywidualna – stare motocykle i kiepskie autka – ale są. Ludzie mają forsę, korzystają, tylko pułap możliwości strasznie niski”.



Władza ludowa starała się rozbudować bazę turystyczną od pierwszych powojennych lat, bo zorganizowany wypoczynek miał być jedną z wizytówek realnego socjalizmu. Zapisano to nawet w przyjętej w 1952 roku konstytucji, a wczasy pracownicze miały być też wygodnym instrumentem wychowania peerelowskiego obywatela. W odebranych dawnym właścicielom pałacach i posiadłościach instalowano więc ośrodki wczasowe, zarządzane z reguły przez Fundusz Wczasów Pracowniczych, powoli budowano też – zwłaszcza nad morzem i w górach – nowe domy wczasowe. W latach siedemdziesiątych, zgodnie ze śląskim doświadczeniem I sekretarza KC, zaczęły powstawać ośrodki co bogatszych zakładów pracy, zwłaszcza hut i kopalni. I o ile jeszcze w latach sześćdziesiątych klasa robotnicza niezbyt chętnie z tego przywileju korzystała – urlopy wykorzystywano przede wszystkim na pomoc rodzinie zamieszkałej na wsi, prace na działce oraz remonty mieszkań – to w epoce Gierka wakacyjne wyjazdy stały się znacznie popularniejsze. U schyłku „przerwanej dekady” ze zorganizowanego wypoczynku korzystało już blisko 5 milionów Polaków.

Warunki nie były oszałamiające. Z reguły pokoje w ośrodkach wczasowych nie były wyposażone w łazienki, a jedna „świątynia higieny” znajdowała się na piętrze i służyła kilkunastu osobom. Jadano niezbyt wykwintnie, wieczory spędzano w świetlicy, jedynym miejscu, w którym był telewizor. Nieodłącznym atrybutem wczasów pracowniczych był kaowiec, w repertuarze którego była zawsze organizacja wieczorku zapoznawczego, najczęściej przeradzającego się w solidną bibę, oraz turniejów brydżowych i szachowych, wieczornych wycieczek z pochodniami, ogniska. Pito, tańczono, zawierano nowe przyjaźnie, wcielano w życie nauki wyczytane w „Sztuce kochania”. Nieliczni szczęśliwcy zdobywali skierowanie – przyznawane zawsze przez radę pracowniczą oraz związki zawodowe – na wczasy organizowane przez Orbis. Te odbywały się może w niewiele lepszych ośrodkach, ale za to z reguły oferowały atrakcyjniejsze miejsca pobytu i lepsze jedzenie. Nie wszystkich ten rodzaj wypoczynku zachwycał. „Żałosne swoją drogą są te pracownicze wczasy z tępą muzyką głośnikową przez cały dzień, z telewizją, tańcami i dreptaniem koło koryta, czyli stołówki. Jakaś polska parodia dolce vita” – napisał w swoich wspomnieniach Stefan Kisielewski.

Ale taki model wypoczynku raził tylko wyrafinowanych intelektualistów. Większość była zachwycona. Polacy ruszyli w podróż. Rodzina Okarmów z Kostrzyna Wielkopolskiego po raz pierwszy w życiu wyjechała na wczasy w 1973 lub 1974 roku. Ich organizatorem była Gminna Spółdzielnia, popularny wówczas GS . Pojechali nad Bałtyk, do Pobierowa. „Pierwszy raz w życiu jadłam wtedy prażynki i poznałam smak lodów włoskich, które na wielkopolskiej prowincji długo pozostawały tylko niedościgłym marzeniem – opowiada Danuta Okarma, wówczas dziesięcio-, może jedenastolatka. – I mleko w tubce! Boże, tego smaku nigdy nie zapomnę”.

Władza naprawdę się starała. Nie deklarowano wprawdzie, jak w NRD, gdzie w „Małym słowniku politycznym” napisano, że „w socjalizmie sprzeczność pomiędzy pracą i czasem wolnym, typowa dla kapitalizmu, została usunięta”, ale w 1971 roku Biuro Polityczne podjęło decyzję o rozpoczęciu programu zagospodarowania brzegów Wisły i Zalewu Zegrzyńskiego, które miały być centrum rekreacyjno-sportowym dla Warszawy. Kopalnie i huty oraz inne „sztandarowe” przedsiębiorstwa budowały ośrodki na wybrzeżu Morza Bałtyckiego, na Mazurach, w Sudetach i Tatrach. A ponieważ polskie drogi zaroiły się od maluchów, to wyjazdowe urlopy stały się powszechniejsze niż kiedykolwiek wcześniej.

Produkcja Polskiego Fiata 126p, bodaj najtrwalszego i najświetniejszego symbolu gierkowskiej Polski, ruszyła 6 czerwca 1973 roku w Bielsku-Białej, a dwa lata później maluchy zaczęły zjeżdżać z taśmy produkcyjnej w Tychach. Ale pierwsze egzemplarze zostały oczywiście wyprodukowane we Włoszech, w fabryce Fiata w Cassino, we wrześniu 1972 roku. Premiera autka odbyła się podczas salonu samochodowego w Turynie, a miesiąc później można go było zobaczyć pyszniącego się na warszawskim Placu Defilad. Oględziny zostały przeprowadzone przez prawdziwe tłumy. Włosi produkowali malucha do roku 1980, Polacy dwadzieścia lat dłużej, a w tym czasie na drogi zjechało ponad 3,3 miliony sztuk Polskiego Fiata 126p. Z tej liczby blisko 900 tysięcy wyprodukowano w okresie, gdy I sekretarzem KC PZPR był Edward Gierek.

Do 1976 roku auto wytwarzano z wykorzystaniem włoskich części, później był to już rzeczywiście produkt „made in Poland”. Dość zresztą zawodny. Sześciomiesięczna gwarancja mijała szybko, a kłopoty zostawały. Psuło się w maluchach niemal wszystko, ale najwięcej problemów sprawiały przeguby, prądnica, akumulator, skrzynia biegów oraz kiepskie hamulce. I, przede wszystkim, linki. W efekcie większość użytkowników wyposażała swoje bolidy w kij lub listwę, które były niezastąpione przy odpalaniu malucha. Ale wobec radości posiadania własnych czterech kółek, nikt nie narzekał. Tym bardziej, że prosta konstrukcja pozwalała niemal każdemu użytkownikowi na samodzielną naprawę pojazdu. Całe szczęście, bo sieć prywatnych warsztatów samochodowych rozwinęła się dopiero w drugiej połowie dekady, a nieliczne punkty Polmozbytu z serwisowaniem wszystkich maluchów z pewnością by sobie nie poradziły.

Władze długo deliberowały ile ma kosztować ten „samochód dla ludu”, bo w kraju, w którym nie obowiązywały prawa rynku, cenę ustalano w Komitecie Centralnym PZPR. Zdzisław Rurarz, wówczas doradca ekonomiczny Gierka, próbował przekonać Sztygara, aby sprzedawać samochód podczas licytacji – jego nabywcą miał stać się ten, kto zaproponował wyższą cenę. A ta, z punktu widzenia władz, była istotna, bo Polsce groziła inflacja, sprzedaż auta mogła zmniejszyć to zagrożenie. Ta nowatorska forma, zupełnie nie przystająca do panującej w Peerelu ideologii, Gierkowi się jednak nie spodobała. Aby jednak nie zrazić do siebie Rurarza – doradca przewidywał, że podczas licytacji samochody z Bielska-Białej będą osiągały cenę około 80 tysięcy złotych – nieco podwyższył propozycję Tadeusza Wrzaszczyka, ministra przemysłu maszynowego, który wycenił auto na 68 tysięcy złotych. Ostatecznie Polacy kupowali malucha o 1000 zł drożej, a na giełdach płacili od 110 do 120 tysięcy zł. Średnia pensja wynosiła w tych latach 3,5 tysiąca zł.

Ale zgromadzenie odpowiedniej kwoty, choć niełatwe, to był dopiero początek ciernistej drogi do własnego samochodu. „W celu ułatwienia ludności nabycia samochodu osobowego polski fiat 126p, którego cena wynosi 69 000 zł, Polska Kasa Oszczędności z dniem 5 lutego 1973 r. rozpocznie przyjmowanie przedpłat na książeczki oszczędnościowe” – ogłoszono i Polacy rzucili się do kas. Dosłownie, system przedpłat został wyczerpany już 15 marca 1973 roku. Teraz pozostawało regularnie wpłacać pieniądze i cierpliwie czekać. Pięć lat. Szczęśliwcy cieszyli się jednak wcześniej, bo książeczki losowano i wówczas okres oczekiwania skracał się do czterech, trzech, a bywało nawet, że do zaledwie dwóch lat. Oczywiście pod warunkiem, że szczęściarz mógł natychmiast uregulować całą kwotę. Z reguły mógł, ludzie na potęgę się zapożyczali, aby tylko zdobyć ten największy w latach siedemdziesiątych skarb, przedmiot marzeń, jednoznaczny symbol dobrobytu i wysokiej pozycji społecznej. Co równie istotne, przedmiot zazdrości sąsiadów, znajomych i członków rodziny. Bo zajechać własnym fiacikiem pod biuro, to był sznyt, który dzisiaj po prostu trudno zrozumieć.

Podczas prezentacji auta na Placu Defilad w Warszawie ogłoszono, że jest to „prototyp polskiego fiata 126p, który zapoczątkuje erę masowej indywidualnej motoryzacji w naszym kraju”. Była to jedna z nielicznych obietnic, którą Gierek i jego ekipa rzeczywiście spełnili – o ile w 1971 roku po polskich drogach jeździło niewiele ponad pół miliona samochodów osobowych, to na końcu dekady już znacznie ponad 2 miliony. Bo choć maluchy nie wyposażano fabrycznie ani w radio, ani nawet w prawe lusterko, to jednak ten mały samochodzik powiózł Polaków w zupełnie nową erę. Zmienił Polskę i Polaków daleko bardziej niż telewizja. Bardziej nawet niż chcieli tego peerelowscy władcy.

Poczucie swobody, niespotykane wcześniej nie tylko w Polsce Ludowej, ale także w innych krajach zza żelaznej kurtyny, dawało przede wszystkim otwarcie – właściwiej byłoby to nazwać uchyleniem – granic. Wreszcie można było wychynąć poza polskie opłotki. Najpierw do Niemieckiej Republiki Demokratycznej. Granicę z „naszymi Niemcami”, otwarto 1 stycznia 1972 roku. Zbliżenie z tym krajem nastąpiło z poduszczenia Leonida Breżniewa, który podczas pierwszego spotkania z Gierkiem, jako nowym I sekretarzem KC PZPR „zaproponował” polskim towarzyszom nawiązanie bliskich stosunków z władzami NRD i wizytę w Berlinie. Gierek i Jaroszewicz z „propozycji” skorzystali i już kilka dni później wylądowali w Berlinie, gdzie spotkali się z Walterem Ulbrichtem, I sekretarzem SED oraz przewodniczącym Rady Państwa NRD i premierem Willi Stophem. Po tej wizycie Biuro Polityczne zdecydowało się „wysłać do NRD partyjną grupę studyjną celem zapoznania się z doświadczeniami w dziedzinie oświaty i wychowania młodzieży”. Z pewnością inspiracją był duży udział młodych ludzi w wydarzeniach na Wybrzeżu. NRD-owskie wzorce musiały być dla towarzyszy kuszące, ale dla Polaków ważniejsze były podjęte wkrótce ustalenia dotyczące otwarcia granicy na Odrze i Nysie. Tylko w połowie lat siedemdziesiątych Polacy pokonali polsko-enerdowską granicę 5,6 miliona razy.

Z czasem szlabany otwierały się coraz szerzej. Od 1973 roku bez wiz można było jeździć już do wszystkich (poza Albanią) europejskich krajów socjalistycznych, coraz łatwiejsze stały się wyprawy na Zachód, w maju 1972 roku LOT zainaugurował regularne loty do Stanów Zjednoczonych. Andrzej Łyszyk wspomina, że w 1978 roku pojechał z żoną w podróż poślubną do Londynu i Paryża. W drodze powrotnej odwiedzili znajomych Niemców w NRD. „Byli zszokowani, że pozwolono nam wyjechać. Znaliśmy już to uczucie zazdrości z Rumunii, Czechosłowacji i przede wszystkim Związku Radzieckiego. Możliwość podróży, rzecz jasna nie całkowita, ale jednak dość znaczna, powodowała, że za Gierka Polacy poczuli się lepsi i nawet jakoś tam dumni z dokonań Polski Ludowej. I byliśmy bardzo atrakcyjni dla mieszkańców KS-ów. Pamiętam wyjazd do Moskwy z wycieczką Almaturu na Sylwestra. Przed czwartą raną wracaliśmy do hotelu mocno podpici. Z jakichś powodów waliliśmy pięściami w parapety i nagle jedno z okien się otworzyło, a gdy podczas rozmowy okazało się, że jesteśmy Polakami, zaproszono nas do środka. Dołączyliśmy do trwającej już libacja. Piliśmy, dyskutowaliśmy o polityce, śpiewaliśmy. Po dwóch godzinach nasi gospodarze zaczęli się zbierać. Wyciągnęli z szaf milicyjne mundury i poszli na służbę”.

Ale oczywiście zagranicę wyjeżdżało się przede wszystkim nie w celach turystycznych, ale dla pieniędzy. Ewa Mielcarzewicz w drugiej połowie lat siedemdziesiątych ukończyła Politechnikę Poznańską i rozpoczęła pracę w szkole. Nagle okazało się, że państwowa firma Polserwis szuka nauczycieli do pracy w Maroku. Udało się – w 1978 roku wylądowała w Casablance. Tutaj zarabiała niespełna 20 dolarów, tam 1000, z czego bez specjalnego problemu 200-300 dolarów mogła odłożyć. Miesięcznie. Na owe czasy gigantyczna kwota. Andrzej Łyszyk przez trzy miesiące pracował w Berlinie Zachodnim, do Polski przywiózł równowartość pięćdziesięciu miesięcznych pensji.

Nie wszyscy mieli aż tyle szczęścia i musieli sobie radzić inaczej. Z NRD przywozili więc buty i rzeczy dla dzieci. Z ZSRR ruble, kawior i przede wszystkim złote pierścionki, a sprzedawali tam dżinsowe spodnie i kurtki. Bułgarzy kochali nasz krem Nivea i narzuty na tapczany, a za lewy Polacy kupowali dolary i herbatę Lipton oraz cieszące się w Polsce dużym powodzeniem „koniaki” – Słonaczny Brzeg i Pliskę. Węgrów zaopatrywaliśmy we froterowe ręczniki i bieliznę pościelową, w zamian uwalniając ich sklepy z płyt zespołów rockowych i skupowaliśmy amerykańską walutę. W Czechosłowacji kochano nasze kryształy, my wielbiliśmy dostępną tam i tanią kawę oraz wełnę. Rumunów ubraliśmy w pelisy ze srebrnych lisów. Jak wynika z danych Głównego Urzędu Statystycznego, w 1975 roku do europejskich krajów socjalistycznych Polacy wyjeżdżali blisko 8 milionów razy, do państw kapitalistycznych niewiele ponad 300 tysięcy razy.

W lutym 1974 roku dla „gastarbeiterów” otwarto Pewex, sieć sklepów „eksportu wewnętrznego” z zachodnimi artykułami. „Wranglery kosztowały 7,5 dolara” – zapamiętała Ewa Mielcarzewicz. Z czasem na sklepowe półki zaczęły trafiać także polskie towary, które w normalnej sprzedaży były coraz mniej dostępne. W 1977 roku 60 procent sprzedaży w Peweksie stanowiły rodzime towary.

Kupowanie w Peweksie nobilitowało, sklepy tej sieci stały się substytutem londyńskiego Harrodsa lub paryskiej Galleries Lafayette. Większości obywateli Peerelu nie było wprawdzie stać na kupno markowych dżinsów – zadowalali się, choć z bólem serca i poczuciem obciachu, wyrobami z polskich fabryk – ale aby zadać szyku kupowali u cinkciarzy dwa dolary lub częściej bony i gestem szejka z Bahrajnu lub nafciarza z Teksasu nabywali pół litra „Żytniej” oraz paczkę „Dunhilli” lub „Lucky Strików”. Niezapomniane uczucie. Poznałem je w końcu lat siedemdziesiątych, podczas licealnych wyjazdów do poznańskiego Teatru Nowego. Wizyta w Peweksie przy ulicy Świerczewskiego (teraz Bukowskiej) w Poznaniu była nieodłącznym elementem tych wypraw i, przyznaję to ze wstydem, dostarczała większych emocji niż spektakle teatralne. Takie małe, gierkowskie dolce vita.

Społeczny optymizm, który dominował przez znaczną część „przerwanej dekady” podnosiły również sukcesy sportowców. Złoto piłkarzy na olimpiadzie w Monachium w 1972 roku i trzecie miejsce na Mistrzostwach Świata dwa lata później, złoto siatkarzy na Mistrzostwach Świata w 1974 roku i zwycięstwo nad radziecką „sborną” dwa lata później w finale igrzysk olimpijskich w Montrealu, sukcesy Ireny Szewińskiej, Bronisława Malinowskiego, złoto Ryszarda Szurkowskiego na Mistrzostwach Świata w Barcelonie (i brąz Stanisława Szozdy), pięciokrotny triumf tego kolarza w Wyścigu Pokoju, sukcesy bokserów, lekkoatletów, żużlowców – wszystko to powodowało, że Polakom zakręciło się w głowie. Wielu naprawdę czuło, że jesteśmy światową potęgą. Nic dziwnego, na igrzyskach olimpijskich w Monachium zdobyliśmy 21 medali, w tym siedem złotych. Cztery lata później również było siedem najcenniejszych medali, ale łącznie 26. Na olimpiadzie w Moskwie, która ze względu na bojkot po inwazji ZSRR na Afganistan (i oszustwa organizatorów) była już tylko namiastką prawdziwej globalnej rywalizacji najlepszych sportowców, znowu zwiększyliśmy swój medalowy „urobek” – herosi z orłem na piersi przywieźli ze Związku Radzieckiego 32 medale, choć tylko trzy z najcenniejszego kruszcu. Ale latem 1980 roku w Polsce daleko ważniejsze były inne zmagania…

Polacy zachwycali się maluchem, Coca Colą, z lubością wdychali dym z Marlboro (a na co dzień Sportów, Klubowych i Giewontów), bili brawo Deynie i Lubańskiemu, ale codzienność skrzypiała coraz głośniej. „Otrzymałam mieszkanie w nowo oddanym do użytku bloku. Nie zraził mnie na początku ciągły brak wody i światła. Tłumaczyłam sobie, że wszystko jeszcze się unormuje. Nie wyprowadziły nas też z równowagi nieszczelne okna i drzwi, wciąż kapiący w ubikacji sufit, niewymiarowa wnęka w przedpokoju, nierówne podłogi, zepsuta spłuczka, poobijana wanna – skarżyła się w liście do władz Teresa K. z Chełma. – Cieszyliśmy się własnym kątem do życia. Nawet to, że w miarę nasilania się opadów deszczu w pokoju z balkonem coraz bardziej narastała pleśń na ścianie i suficie, też nie jest straszne. Z tym jakoś można żyć. Ale, wraz z nadejściem chłodów, życie w nieopalanym mieszkaniu stawać się zaczęło istnym koszmarem. Kaloryfery w naszym bloku są tylko ozdobą. Temperatura powietrza w mieszkaniu wynosi aż 6 stopni Celsjusza. W bloku tym mieszka większość młodych małżeństw z małymi dziećmi. Dzieci nasze stale chorują, a pracujące matki korzystają ze zwolnień lekarskich w ramach opieki, w listopadzie byłam 18 dni na zwolnieniu. Można jakoś wytrzymać bez wody (o ciepłej to nam się tu w ogóle nie śni), ale bez ciepła niestety trudno”.

Stefan Kisielewski w 1972 roku odwiedził Gdynię. Wrócił w podłym nastroju. „Z jedzeniem na mieście okropnie, czeka się godzinami na złe żarcie, śmierdzi, brudno, ohyda – pisał zdruzgotany. – Za to wódki wszędzie masa, piją od rana, aż się niedobrze robi (…). Okropnie jednak ten kraj wygląda, przy całym swoim przemyśle i rzekomym rozmachu. Jak komuniści to robią, że wszystko zmienia się w gówno? Nawet takie piękne miejscowości nadmorskie!”.

W sobotę 22 listopada 2014 roku miałem przyjemność rozmawiać na antenie radiowej „Trójki” o Gierku i jego epoce z redaktorem Jerzym Sosnowskim, autorem znakomitej audycji „Trójkowy wehikuł czasu”. Poniżej link do tej audycji. Polecam!

http://www.polskieradio.pl/9/716/Artykul/1296337,Edward-Gierek-mit-PRL-i-Dyzma-polskiej-polityki
Trwa ładowanie komentarzy...