Gierek łamie się opłatkiem

Wigilię 1981 roku Edward Gierek i wielu jego najbliższych politycznych przyjaciół spędza w obozie dla internowanych. Łamie się opłatkiem z Jaroszewiczem, Babiuchem, Szydlakiem, słucha kolęd… Choć obchodzenie najbardziej katolickiego święta przez funkcjonariuszy partii komunistycznych wydaje się mocno zaskakujące, to warto pamiętać, że podobnie zachowywał się w okresie swoich rządów Gomułka. Jego syn, Ryszard Strzelecki, zapewniał, że w Wigilię rodzina kultywowała zwyczaje wyniesione przez „Wiesława” z rodzinnego domu w Krośnie „z tradycyjnym zestawem potraw i często z opłatkiem”.

24 grudnia 1981 roku wieloletni działacze partii komunistycznej zbierają się na wigilii w stołówce wojskowego ośrodka w Głębokiem, na terenie poligonu. W stołówce jest choinka, blaszane kubki zostają zastąpione przez fajansowe. Na półmisku karp. Jedna z kucharek nieśmiało podchodzi z opłatkiem i jej gest spotyka się z dobrym przyjęciem. Towarzysze łamią się opłatkiem, składają sobie życzenia. I usprawiedliwiają się podkreślając, że to polska tradycja, że nie ma to nic wspólnego z mistycznym przeżywaniem Świąt Bożego Narodzenia. Kolędy, zaintonowanej przez jednego z działaczy, nie podchwytują. Tylko Piotr Jaroszewicz przyłącza się do śpiewu kobiet z obsługi ośrodka. „Z ciekawością i rozbawieniem słuchaliśmy ludowej klechdy o dobrej Maryji i świętym Józefie, o ich ucieczce z dzieciątkiem pełnej zagrożeń, o cnotliwych prostaczkach i przebiegłym karczmarzu, o niecnym Piłacie i okrutnym Herodzie” – napisał we wspomnieniach Wiesław Kiczan, były wiceminister górnictwa. Po chwili wracają do pokoi, ale Jaroszewicz nie daje za wygraną, peregrynuje po ośrodku dzieląc się opłatkiem.



Jedenaście dni wcześniej, 13 grudnia 1981 roku, były I sekretarz Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, od kilku miesięcy już bezpartyjny, był mocno zdziwiony wizytą trzech umundurowanych milicjantów, którzy w środku nocy zjawili się w jego domu w Ustroniu Śląskim. Dopiero od nich usłyszał, że generał Wojciech Jaruzelski właśnie ogłosił wprowadzenie w Polsce stanu wojennego. Gospodarzowi przedstawiono nakaz zatrzymania i kazano się ubrać.
Ale Gierek nie wierzy. Podejrzewa, że to polityczna zemsta jego do niedawna bliskich współpracowników, a później następców. Pamięta przecież, że gdy jesienią 1980 roku, już jako były I sekretarz, wrócił ze szpitala do katowickiego domu i podniósł słuchawkę nadal funkcjonującego telefonu specjalnego, usłyszał Stanisława Kanię. „Towarzyszu Gierek, czy przypominacie sobie, jak wspólnie z Jaroszewiczem chcieliście mnie wykończyć? Wy może o tym zapomnieliście, ale ja pamiętam i teraz ja wam pokażę, jak się wykańcza. Będziecie mnie pamiętać aż do śmierci...”. Ta groźba, przynajmniej w mniemaniu Gierka, realizuje się zresztą od wielu miesięcy. Wyrzucono go z partii, toczy się kilka śledztw, jest oskarżany o malwersacje i nadużycia, prasę zalewa fala publikacji o domach ze złotymi klamkami.
Podejrzewa, że to aresztowanie, a informacja o stanie wojennym to zwykłe kłamstwo. Za zgodą milicjantów dzwoni do pułkownika Jerzego Gruby, komendanta śląskiej Milicji Obywatelskiej. Gruba potwierdza, że wprowadzono stan wojenny, ale nie chce kontynuować rozmowy.
„Pożegnałem się z zatroskaną żoną. Oboje nadrabialiśmy minami, pragnąc jeden drugiemu dodać otuchy. Przeczuwałem, że żegnam się z nią na długo. Nie wiem na jak długo” – napisał Gierek we wspomnieniach. Porucznik Bogdan Glib, starszy sierżant Andrzej Boniakiewicz i plutonowy Mirosław Gawor, później awansowany do stopnia generała, w latach 1991-1997 szef Biura Ochrony Rządu, wsadzili byłego I sekretarza partii komunistycznej do Fiata 131 i pojechali na dziedziniec Komendy Wojewódzkiej MO w Katowicach, pod potężne gmaszysko, które wybudowano kilka lat wcześniej, w czasie rządów Gierka. Wkrótce pojawiły się tu samochody z innymi, jak ich wówczas powszechnie nazywano, prominentami lat siedemdziesiątych, między innymi z Janem Szydlakiem. Kolumna złożona z kilku samochodów ruszyła na północ, w kierunku Warszawy. Jechali, jak na ironię, „gierkówką”. W którymś momencie, na oblodzonej jezdni Fiat z Gierkiem i Szydlakiem wpadł w poślizg i zjechał na lewy pas drogi omal nie uderzając w nadjeżdżającą z naprzeciwka rozpędzoną ciężarówkę.

W archiwach Instytutu Pamięci Narodowej znajduje się pismo z 12 grudnia 1981 roku zatytułowane „Wykaz osób przewidzianych do internowania, które w poprzednim okresie zajmowały kierownicze stanowiska”. I maszynowy dopisek: „Osoby te korzystały z finansowania przez przedsiębiorstwa społeczne w budowanych dla nich domów mieszkalnych, względnie przyjmowały kosztowne prezenty”. Na liście 27 osób pierwszoplanowe postaci lat siedemdziesiątych. Na czele oczywiście Edward Gierek i Piotr Jaroszewicz, były premier oraz jego następca na tym stanowisku, Edward Babiuch. Do tego Szydlak, Łukasiewicz, Lejczak, Pyka, Żandarowski, Kaim, Grudzień, Wrzaszczyk…
Ośrodek rządowy w Promniku to, jak na warunki PRL, miejsce luksusowe. Gierkowi, podobnie jak Jaroszewiczowi, władze przydzielają po fińskim domku z 40-metrowym salonem, kominkiem oraz – jak skrupulatnie zapisano w dokumentacji – rozkładaną kanapą, kanapą wypoczynkową i dwoma fotelami klubowymi. W domku jest też gabinet o powierzchni 6 metrów kwadratowych z telefonem rządowym, miejskim i wewnętrznym oraz dwie sypialnie (jedna o powierzchni 12 metrów kwadratowych, druga 10 metrów kwadratowych), dwie łazienki, „pokoik przejściowy” i nawet 22-metrowa sala kinowa.

Szybko okazuje się, że luksusowy ośrodek w Promniku to tylko przystanek do właściwego miejsca internowania. Już 17 grudnia byli właściciele Polski Ludowej zostają zapakowani do autobusu. Zasłonięte firanki i bezwzględny zakaz patrzenia za okna, eskorta umundurowanych, wyposażonych w długą broń pięciu funkcjonariuszy BOR, nadają tej podróży upiorny posmak. Dojeżdżają na warszawskie lotnisko Bemowo, gdzie z dala od ciekawskich oczu przesiadają się do wojskowego śmigłowca Mi-8. Napięcie potęguje pytanie o cel podróży. Z pewnością przynajmniej niektórzy z nich muszą się zastanawiać, czy docelowe lotnisko nie znajduje się gdzieś za wschodnią granicą. Nawet pobieżna znajomość historii ruchu komunistycznego musi rodzić takie obawy.
Lot trwa około dwóch godzin, lądują na lotnisku wojskowym w Mirosławcu, na dawnym Wale Pomorskim, w sąsiedztwie największego wojskowego poligonu w Europie. Jest już ciemno. Mają się przesiąść do autobusu, ale pojazdu nie ma. Czekają, bacznie obserwowani przez uzbrojonych strażników. Mija godzina, druga, trzecia. Zimno. Autobus przyjeżdża po czterech godzinach. Do ośrodkach w Głębokim docierają kilka minut przed 22,00.
Powitanie nie jest zbyt miłe. „W czasie wejścia internowanych do budynku ustawiło się na korytarzu około dziesięciu funkcjonariuszy MO, którzy kwitowali to słowami, cytuję: O, już te złodzieje są tu, po h… ich tu przywieźli” – czytam w meldunku do szefostwa Biura Ochrony Rządu. Funkcjonariusze BOR proszą o wydanie internowanym kolacji, ale dowódca ośrodka, podpułkownik Ludowego Wojska Polskiego odmawia. W końcu, po wielu prośbach i naleganiach ze strony borowców, internowanym podano po kubku gorącej herbaty i dla niektórych po kromce chleba z masłem. Dowódca obiektu oświadcza szefowi konwojentów, że „on by im zrobił spanie, ale w namiotach”. W pokojach jest zresztą niewiele cieplej, temperatura nie przekracza 9 stopni Celsjusza, grzejniki są zimne, a okna nieszczelne – pisze w sprawozdaniu porucznik Stanisław Szabliński, inspektor Wydziału I Biura Ochrony Rządu.

Zaczyna się, trwająca wiele miesięcy, codzienność. Internowani zostają umieszczeni na drugim piętrze, z pewnością celowo, aby uniemożliwić im ucieczkę, po dwie osoby w pokoju. Gierek z Janem Szydlakiem. Do pilnowania internowanych Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego desygnuje podczas jednej zmiany piętnastu żołnierzy. Czterech z nich zostaje umieszczonych w dwóch posterunkach na drugim piętrze. Plan dnia w Głębokim musiał z pewnością układać jakiś oficer LWP, bo niewiele się on różnił od tego, który przez lata Peerelu doświadczali poborowi. Pobudka o 6,00, między 7,30 a 8,00 śniadanie, dwie godziny później drugie. Następnie dwugodzinny spacer. Od 14,00 do 15,00 obiad, później 45-minutowa przechadzka. Od 18,30 do 19,00 kolacja, o 22,00 ogłaszano ciszę nocną.
W swoich wspomnieniach Edward Gierek napisał, że podczas internowania spotykał się z wieloma przejawami sympatii ze strony personelu. Dokumenty zgromadzone w INP temu przeczą. W jednym z raportów funkcjonariusz BOR meldował swoim dowódcom, że internowani spotykają się z bardzo nieprzychylnymi uwagami obsługi i skrupulatnie cytował słowa pracowników ośrodka: „Wreszcie zgarnęli złodziei”, „za długo się cackali ze złodziejami”, „nie wolno dawać im jeść, ani martwić się, że mają zimno”. Ale Wiesław Kiczan, były wiceminister górnictwa twierdził w swojej książce „Gierek, Jaroszewicz, Wojtyła…”, że 6 stycznia 1982 roku, gdy Gierek obchodził 69. urodziny, jedna z kelnerek wyskoczyła nagle z kuchni i mocno zażenowana wręczyła byłemu I sekretarzowi KC tabliczkę czekolady. Sztygar popłakał się ze wzruszenia. Współtowarzysze niedoli zaśpiewali „Sto lat”.
W następnych dniach napięcie jednak powraca. Osadzeni w internacie dla podoficerów nie wiedzą co o ich losie zdecyduje Jaruzelski, nie mają kontaktu z rodzinami, które przez pierwsze tygodnie nie wiedzą nawet, gdzie zostali uwięzieni. Na to nakładają się jeszcze konflikty wśród internowanych. Odzywają się animozje sprzed lat, wzajemne pretensje, obwinianie się o zasłużone i niezasłużone winy. Mają poczucie niesprawiedliwości. Wszyscy są przekonani, że poświęcili życie dla Polski Ludowej i partii, a ta odpłaca im zamknięciem w ośrodku odosobnienia. Jeśli chwilami dociera do nich, że ich zasługi dla Polski są raczej wątpliwe, to ewentualne poczucie winy i wyrzuty sumienia zagłusza pytanie, dlaczego nie ma wśród nich choćby Jaruzelskiego i Kani, w minionej dekadzie jednych z najważniejszych członków Biura Politycznego, z pewnością daleko ważniejszych niż osadzeni w Głębokim Stanisław Zasada, szef pezetpeerowskich struktur w Wielkopolsce czy Józef Łabudka, wojewoda bielski. Nic więc dziwnego, że w tej atmosferze, jak meldują władzom strażnicy, „generał Jaroszewicz nie goli się i przeważnie siedzi sam, robi wrażenie obłąkanego”. „Schudł przeraźliwie, zmarniał, a jego tyczkowata, koścista postura, w obwisłych spodniach, o wiele za szerokim swetrze, z monstrualnie wydłużoną fizjonomią i uwydatnioną grdyką, do złudzenia przypominała wizerunki ascetycznych cierpiętników na cerkiewnych obrazach lub płótnach El Greco” – wspominał Wiesław Kiczan. Gierek wyglądał nieco lepiej, ale jego nastrój też był kiepski. „Kolejne dni mijały w atmosferze zagęszczonej starymi sporami i urojonymi pretensjami – będzie po latach wspominał Gierek – różnego rodzaju jawnymi czy ukrytymi ansami”.
Przygnębienie jest tym większe, że czują się upokarzani nawet przez pilnujących ich żołnierzy. Gierkowi każą podawać nazwisko, jakby ujrzeli go pierwszy raz w życiu. Na spacerach wędrują po wyznaczonym placu w kółko, jak więźniowie, brnąc w śniegu, pilnowani przez uzbrojonych żołnierzy i z okien obserwowani przez ciekawskich, spragnionych takiego widoku, cywilnych pracowników ośrodka. Wielu internowanych spaceruje tylko w lekkich półbutach i jesionkach, bo wyjeżdżając w pośpiechu nie wzięli zimowych akcesoriów.
Były I sekretarz KC jest przygnębiony i apatyczny. Minie wiele dni nim napisze pierwszy list do żony. Z wykazu korespondencji wynika zresztą, że nie pisał w Głębokim zbyt wiele, wysłał zaledwie kilka listów, wszystkie adresowane do Stanisławy Gierkowej. Najpewniej zdaje sobie zresztą sprawę, że przesyłki są czytane, a ich treść jest przekazywana wyżej. I ma rację. „Podopieczni nie wnoszą zbyt wielu żądań, kilkukrotnie pytano o korespondencję, możliwość dowiezienia garderoby, przyborów toaletowych. E. Gierek prosił, abym spowodował przysłanie mu pieniędzy w kwocie 2000 zł oraz pasty do zębów i golenia” – melduje funkcjonariusz BOR. Charakteryzując sytuację w Głębokim na początku 1982 roku oficer raportuje do szefostwa BOR: „W rozmowach z podopiecznymi wysondowałem, że ogólnie jest przygnębiający nastrój, brak informacji z domu, brak środków czystościowych”. Nastrój pogarsza się jeszcze pod koniec roku, gdy z „internatu” zostaje zwolniona Teresa Andrzejewska, w latach siedemdziesiątych wiceminister handlu wewnętrznego, jedyna kobieta pośród internowanych w Głębokim. Teraz nie ma już kto o nich zadbać, pocerować spodnie, koszule lub skarpety.
Gierek próbuje napisać list do Jaruzelskiego. Nosi się z tym zamiarem od dawna, zaczął jeszcze w Katowicach, w październiku lub listopadzie 1981 roku, radził się w tej sprawie Wiesława Kiczana. Kontynuuje w Głębokim, ale idzie mu kiepsko. Tym bardziej, że towarzysze, w tym Szydlak, nie bardzo chcą przyłożyć do tego rękę. Nie wierzą, że ten list odniesie skutek, ale Gierek cały czas zachowuje ostrożny optymizm. Łudzi się, że Jaruzelski nie zna prawdy o warunkach, w jakich przebywa jego niedawny przełożony z PZPR. Zresztą, jak mi opowiadał w październiku 2013 roku prof. Paweł Bożyk, przez osiem lat szef doradców Edwarda Gierka, ten był długo zafascynowany Jaruzelskim. „To ironia losu” – dodawał profesor.
Z letargu były I sekretarz KC budzi się dopiero na początku stycznia, niemal po trzech tygodniach internowania. 5 stycznia 1982 roku żąda widzenia z synem i adwokatem, grozi, że jeśli jego żądanie nie zostanie spełnione będzie „protestował w instytucjach zagranicznych”. Domaga się też czarnej kawy i regularnego dostarczania korespondencji. Blisko tydzień później, 11 stycznia 1982 roku, wybucha. W imieniu swoich dawnych współpracowników żąda przywiezienia z Katowic – jak zaznacza „samochodem służbowym” – czterech żon i grozi, że jeśli jego żądanie nie zostanie spełnione, to „odwoła się do towarzysza Jaruzelskiego i Konstytucji PRL”. Widocznie ten atak wściekłości wywiera na decydentach pewne wrażenie, bo Adam Gierek dowiaduje się nagle, że może odwiedzić ojca. Wraz z Hanną Kiczan, żoną byłego wiceministra górnictwa, jedzie z Katowic do Kwidzynia. Tam czeka na nich gazik i przewozi do Głębokiego. „Na miejscu zobaczyliśmy dramatyczny obraz. Stary, rozsypujący się budynek, siatka dookoła, drut kolczasty wieńczący ogrodzenie – wspominał w „Newsweeku” Adam Gierek. – I ci wszyscy ludzie chodzący w kółko jak na spacerniaku kryminału. Jakiś gówniarz w mundurze zaczął mnie rewidować, zwracając się do mnie panie Adamie. W końcu zobaczyłem ojca. Rozpłakał się na mój widok. Nie mogliśmy spokojnie rozmawiać, bo baliśmy się podsłuchu. Wyjąłem kartkę, ołówek. To, co chcieliśmy powiedzieć – zapisywaliśmy. Rozstawaliśmy się, nie wiedząc właściwie, co będzie dalej. Gazik odwiózł nas na dworzec kolejowy w Gdańsku”.

Siedem dni po wizycie syna, Edward Gierek wraz z Piotrem Jaroszewiczem zostają przewiezieni na spotkanie z generałem Mieczysławem Milewskim, do niedawna ministrem spraw wewnętrznych, a obecnie sekretarzem Komitetu Centralnego PZPR, oraz generałem Marianem Rybą, wówczas dyrektorem generalnym Urzędu Rady Ministrów. Milewski to jedna z najbardziej ponurych postaci aparatu władzy, od początku swojej kariery zaliczany do frakcji twardogłowych i uważany za eksponenta interesów sowieckich służb specjalnych w Polsce. Kilka lat po spotkaniu z Gierkiem i Jaroszewiczem zostanie oskarżony o udział w aferze „Żelazo”, wcześniej – co sugerował podczas procesu Grzegorz Piotrowski, ale też Czesław Kiszczak – podejrzewany był z zainicjowanie akcji porwania i zamordowania księdza Jerzego Popiełuszki. Milewski zrobił karierę za rządów Gierka. W 1971 roku został awansowany do stopnia generała brygady Służby Bezpieczeństwa, osiem lat później został generałem dywizji SB. Od 1971 do 1980 roku był zastępcą członka Komitetu Centralnego PZPR.
W swoich wspomnieniach Piotr Jaroszewicz twierdzi, że wysłannicy WRON sugerowali Gierkowi i jemu „przyznanie się do popełnienia zarzucanych nam czynów, złożenie jak najdalej posuniętej samokrytyki i niezaprzeczanie tezom oskarżenia. Sugerowali nam niedwuznacznie, by w swych wystąpieniach przed trybunałem w żadnym wypadku nie nawiązywać do nazwisk obecnych przywódców, a szczególnie Jaruzelskiego, Barcikowskiego, Kani, Jabłońskiego, nie rozszerzać kręgu osób odpowiedzialnych za obecny dramatyczny stan kraju, w niczym nie oskarżać partii, władzy, ustroju”. Poetyka tej propozycji generałowie zapożyczyli chyba z odbywających się w latach trzydziestych w Moskwie procesów stalinowskich, gdy bolszewicy sami oskarżali się przed sądem, a później – rozstrzeliwani – umierali ze słowami „Niech żyje Stalin”.
Gierek i Jaroszewicz odrzucili te żądania. „Odparowałem, że chętnie stanę przed tym ich trybunałem i powiem o roli tych, którzy nam pomagali i bezpośrednio współrządzili” – chwalił się po powrocie do Głębokiego były prezes Rady Ministrów. A po latach, w swojej wspomnieniowej książce napisał: „Dopiero po tej rozmowie zrozumieliśmy, ile do nas żywi nienawiści ten niegdyś najbliższy współpracownik, jak bardzo pozbawiony jest skrupułów w realizacji własnych ambicji”.
Ekipa Jaruzelskiego liczyła na coś innego. Nic dziwnego, tradycje ruchu komunistycznego nakazywały raczej pójście w ślady choćby Rudolfa Slansky’ego, sekretarza generalnego Komunistycznej Partii Czechosłowacji, który podczas odbywającego się w 1952 roku procesu przyznał się do stworzenia w partii zdradzieckiego ośrodka władzy, a gdy to nie zadowoliło prokuratora dodał: „Kierowałem działaniami ośrodka szpiegowsko-dywersyjnego wewnątrz partii, mając bezpośrednio na celu likwidację demokracji ludowej”. Slansky zawisł na szubienicy. Gierkowi i Jaroszewiczowi to z pewnością już nie groziło, trzydzieści lat po procesach stalinowskich komunizm nie miał już w sobie tyle okrucieństwa. Lata sprawowania władzy spowodowały, że stracił wiele zębów. Ale zamknięci w lasach pod Drawskiem Pomorskim Gierek i Jaroszewicz mieli prawo obawiać się, że wojskowym udało się wprawić socjalizmowi sztuczną szczękę. Albo, że przynajmniej będą próbowali to zrobić.
Gierek i Jaroszewicz wracają do ośrodka internowania, ale wkrótce w liście do przewodniczącego Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego decydują się poprzeć stan wojenny. „Dostałem list od Gierka. Użalał się, że został internowany, a przecież tyle dobrego dla Polski zrobił. Pisał, że popiera stan wojenny, popiera przyjaźń ze Związkiem Radzieckim. Tam było wiele takich rytualnych, katechetycznych dla tego okresu, zwrotów” – wspominał w rozmowie ze mną w 2013 roku Wojciech Jaruzelski.
Po latach Gierek tłumaczył poparcie dla stanu wojennego obawami przed wojną domową i masowym przelewem krwi. „Uczyniliśmy to mimo jednoznacznej oceny charakteru stanu wojennego jako specyficznego zamachu stanu, którego też byliśmy ofiarami”. To usprawiedliwienie faktu kompromitującego byłego I sekretarza KC i prezesa Rady Ministrów. Można się domyślać, że motywacje były zupełnie inne. Z jednej strony nadzieja, że ten wiernopoddańczy gest zmiękczy serce generała Jaruzelskiego. Z drugiej, zakorzenione u działaczy partii komunistycznych przekonanie, że partia ma zawsze rację i nigdy się nie myli.

Jak wynika z dokumentów zgromadzonych w Instytucie Pamięci Narodowej, w styczniu internowani otrzymują prawo do odbierania paczek od rodzin, a na przełomie stycznia i lutego 1982 roku w Głębokim zaczynają się pojawiać przedstawiciele rodzin. Niektórzy przywożą alkohol, ale butelki są rekwirowane, wszyscy dostarczają do Głębokiego jedzenie. „Wałówka” urozmaica codzienną, dość monotonną dietę internowanych. Dodatkowo piją syrop z pączków jodeł zasypanych cukrem, sok z brzozy, czasem urozmaicają ciągle jednolity jadłospis młodymi pokrzywami, które mają być substytutem sałaty i szpinaku. Jaroszewicz odwołuje się do swoich wspomnień z młodzieńczych lat, zesłania do Archangielska oraz Kazachstanu, i pracowicie suszy resztki chleba na parapecie.
Syrop z pączków z jodeł, sok z brzozy, młode pokrzywy – Gierek musi mieć poczucie klęski i upadku na samo dno. Jeszcze niedawno przyjmowany był w Białym Domu, fetowany w Pałacu Elizejskim i na Kremlu. Teraz zajada się pokrzywami i musi się przedstawiać szeregowcom…
„To prawda, siedzieli w złych warunkach. Wyrzucam sobie, że się tym nie zainteresowałem wcześniej, ale przecież miałem na głowie cały kraj. Internowano wówczas kilka tysięcy ludzi, to była duża operacja i trzeba było znaleźć miejsce na upchnięcie wszystkich. Gdy tylko dostałem sygnał, że warunki internowania Gierka, Jaroszewicza i innych są złe, skierowałem do nich Milewskiego – tłumaczył mi 31 lat po tamtych wydarzeniach Wojciech Jaruzelski. – Gdy potwierdzili, że warunki internowania byłych prominentów są kiepskie zdecydowałem, aby przenieść ich do Promnika. Tam mieli już bardzo przyzwoite warunki”.
Tymczasem jednak poprawiają się relacje między internowanymi. Gierek w rozmowie z Jaroszewiczem przyznaje, że jego zwolnienie z funkcji szefa rządu w lutym 1980 roku „było intrygą”, której on nie docenił i nie przewidział jej skutków. Później się pojednają, Gierek będzie na przyjęciu z okazji osiemdziesiątych urodzin byłego szefa rządu w październiku 1989 roku, już po Okrągłym Stole i wyborczej klęsce PZPR. Po latach Gierek nazwie towarzysza Piotra „najwierniejszym z wiernych i najbardziej lojalnym z lojalnych przyjaciół”. W „internacie” pogodzi się też z Szydlakiem, Łukaszewiczem, Kaimem. Z Grudniem, którego znał najdłużej, bo jeszcze z czasów emigracji na Zachodzie, do którego miał „słabość”, ale z którym pod koniec lat siedemdziesiątych poróżni się najgłębiej, już nie zdążył się pogodzić. Były I sekretarz Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Katowicach umiera 30 stycznia 1982 roku. Wcześniej miał trzy zawały, czwartego nie przetrzymał. Tym bardziej, że na miejscu nie było karetki, próba przetransportowania Grudnia do szpitala w fiacie 125p., który pełni rolę wozu zaopatrzeniowego, nie powiodła się
Śmierć Grudnia robi pewne wrażenie w Warszawie. Na początku lutego 1982 roku zapada decyzja, aby internowanych przenieść do Promnika. Zamieszkują w pawilonie, w dwuosobowych pokojach, nie ma już mowy o umieszczeniu byłego I sekretarza KC w luksusowym domku z salą kinową i klubowymi fotelami. Gierek jest wściekły. Podczas spotkania w marcu z przedstawicielem władz przysłanym przez generałów z Warszawy, tłumaczy, że warunki internowania są upokarzające: dwie osoby na pokój, siedem osób na dwie ubikacje. Zaznacza jednocześnie, że obok stoi wolny budynek, do którego część internowanych mogłaby zostać przeniesiona. I dodaje, że kiedyś ktoś będzie się wstydził, w jakich warunkach przetrzymywani byli najwyżsi funkcjonariusze PZPR.
Gierek zostaje zwolniony z internowania w grudniu 1982 roku, gdy Lech Wałęsa od miesiąca jest już w domu. Ale to nie koniec kłopotów byłego szefa partii komunistycznej. Oka z nie spuszczało z Gierka Ministerstwo Spraw Wewnętrznych. W 1983 roku na Rakowieckiej powołano szesnastoosobowy Zespół Operacyjny Departamentu III pod wodzą pułkownika Andrzeja Kwiatkowskiego, którego celem miało być „ujawnianie, rozpoznanie, neutralizowanie i zwalczanie” działalności „godzącej w interesy socjalistycznego państwa”. Na liście osób, którymi zespół miał się interesować byli między innymi profesorowie Adam Schaff i Jan Szczepański, dziennikarz Stefan Bratkowski, ale także byli prominenci: Gierek, Szydlak, Pyka… Przedmiotem zainteresowania Zespołu byli również wolnomularze. Choć dzisiaj brzmi to zabawnie, to jednak całe przedsięwzięcie było przez kierowane przez generała Czesława Kiszczaka MSW traktowane ze śmiertelną powagą. Świadczy o tym powierzenie kierownictwa Zespołu Andrzejowi Kwiatkowskiemu, wybijającemu się i zasłużonemu funkcjonariuszowi Służby Bezpieczeństwa.

Zapytałem generała Jaruzelskiego, dlaczego internował Gierka. „Dla mnie najważniejsze było, aby nie przelać polskiej krwi, a internowanie byłego I sekretarza było próbą jakiejś neutralizacji nastrojów. Dzisiaj patrzę na to z żalem, ale jeśli dzięki temu udało się zaoszczędzić choćby jedno polskie życie, to należało to zrobić” – tłumaczył mi Jaruzelski w 2013 roku.

Nie było to ani pierwsze, ani ostatnie głupie posunięcie Generalissimusa…

Więcej na ten temat w mojej biografii byłego I sekretarza KC PZPR pod tytułem „Gierek. Człowiek z węgla”.
Trwa ładowanie komentarzy...