Biografia W. Jaruzelskiego

Strona tytułowa mojej książki
Strona tytułowa mojej książki Zysk i S-ka
Na początku stycznia 2017 roku do księgarń trafi kolejna biografia kolejnego peerelowskiego władcy. Po „Gierku. Człowieku z węgla”, napisałem biografię najważniejszego z I sekretarzy Komitetu Centralnego PZPR – Wojciecha Jaruzelskiego. Tytuł książki, której wydawcą jest Zysk i S-ka, brzmi „Czerwony Ślepowron”.

Niektórzy z moich przyjaciół uznali ten tytuł za zbyt ostry, stygmatyzujący. Nie zgadzam się z tą opinią. „Ślepowron” to rodowy herb rodziny Jaruzelskich. Szlachty co się zowie, której członkowie zapisali piękną kartę choćby podczas Powstania Styczniowego. A nikt chyba nie jest w stanie zaprzeczyć, że generał Wojciech Jaruzelski był „czerwieńszy od malin”. Nie od dziecka, zgoda, jeszcze nie w latach wojny i krótko potem, ale w kolejnych latach, aż do końca Peerelu, pozostawał wiernym wyznawcą komunizmu. Nawet w drugiej połowie lat osiemdziesiątych, gdy wyznawców marksizmu-leninizmu było już w Polsce jak na lekarstwo – choć wcale liczna, wbrew dzisiejszym opiniom, była armia tych, którzy wiernie, z „pragmatycznych” powodów, partii sprzyjało – Wojciech Jaruzelski był leninistą. Może nawet ostatnim, „wierzącym leninistą”. Często się na dzieła wodza rewolucji powoływał, kazał te dzieła studiować swoim podwładnym, lubił też Lenina cytować.

Mariusz Urbanek w swojej recenzji mojej poprzedniej książki nazwał Edwarda Gierka „człowiekiem z przypadku”. Bardzo trafnie. Ale o ile Gierek zasiadł na najważniejszym peerelowskim stolcu przez przypadek, to Wojciech Jaruzelski dostał się tam dzięki swoim przymiotom – pracowitości, inteligencji, ostrożności. A także umiejętnemu wykorzystywaniu okazji, bezwzględności, służalczej postawie wobec przełożonych. Również tych najważniejszych – moskiewskich. Udowadniam to w „Czerwonym Ślepowronie” ponad wszelką wątpliwość.

Wszyscy widzimy Jaruzelskiego przez pryzmat 13 grudnia 1981 roku. Jawi się on jako wyznawca topornej siły, która według jego akolitów uratowała Polskę przed sowiecką interwencją, a według przeciwników – zdławiła wielki poryw wolności. Ale Aleksander Kwaśniewski, który dobrze Jaruzelskiego znał zwrócił mi uwagę, że generał umiał też posługiwać się subtelniejszymi metodami politycznej gry. Piszę o tym w „Czerwonym Ślepowronie”.

Ale efekt jego działań – a polityków ocenia się nie po ideach, ale po efektach – był tragicznie zły. Jaruzelski zbudował Polskę w opakowaniu zastępczym, zawsze posłusznie podążającą krok w krok za kremlowską satrapią. Czy był rosyjską „matrioszką”, agentem sowieckich służb specjalnych przyobleczonym w mundur polskiego żołnierza, czy tylko złamanym przez komunistyczną potęgę, posłusznym wykonawcą „wiecznie żywej” idei Lenina i Stalina? Odpowiedzi znajdziecie Państwo w „Czerwonym Ślepowronie”. Zapraszam.

Książka trafi do księgarń, jak zapewnia wydawnictwo, 9 stycznia 2017 roku. Zaraz potem będę miał przyjemność spotkać się z osobami zainteresowanymi tą pozycją. Terminy i miejsca są jeszcze ustalane, ale wstępnie gorąco zapraszam 12 stycznia 2016 roku do Cafe Niespodzianka w Warszawie przy ulicy Marszałkowskiej 7. Później, 26 stycznia o 18,00 będę miał wielką przyjemność dyskutować o Jaruzelskim z wybitnym znawcą Peerelu, profesorem Antonim Dudkiem, w łódzkim Muzeum Tradycji Niepodległościowej przy ulicy Gdańskiej 13. O kolejnych spotkaniach autorskich będę informował w NaTemat oraz na stronie wydawnictwa Zysk i S-ka.


Tymczasem mały fragmencik książki dotyczący owej „Polski w opakowaniu zastępczym”, którą stworzył Wojciech Jaruzelski.

Wszyscy będziemy niedomyci,
ale za to sprawiedliwie


Epoka Wojciecha Jaruzelskiego, czyli lata osiemdziesiąte ubiegłego wieku, zdominowała szarość. Wszechogarniająca, dogłębna, przenikająca. Beznadzieja. Wojciech Jaruzelski, premier, I sekretarz Komitetu Centralnego KC PZPR, minister obrony narodowej i szef Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego – dyktator po prostu – nieustannie mówił o „światełku w tunelu”, ale chyba tylko on i jego najbliżsi akolici to światełko dostrzegali. „Polska stała się krajem bez nadziei, przez co upodobniła się do ZSRR, a Polacy do ludzi radzieckich – napisał Andrzej Kijowski. – Społeczeństwo podzieliło się na masę bierną i wściekłą, na uprzywilejowaną kastę oraz straceńców”. Najwięcej było biernych, którzy od czasu do czasu się wściekali.
Widać to w listach pisanych do telewizji i gazet. „Dlaczego rządząca władza, pochodząca z robotnika ma aż taką przyjemność w przyglądaniu się, jak umęczone kobiety polskie, którym stawia się pomniki pamięci, muszą stać w kolejce po racjonowaną marchew. Czy tu też wpłynęła restrykcja Reagana – skarżyła się w lipcu 1984 roku Maria Sz. z Osiny Wielkiej. – Są to skutki nieudolnego rządzenia. Od czasu, gdy rządzi w naszym kraju generalicja, nie kupiłam nic oprócz ocynkowanego wiadra z przydziału. Z całą rodziną zmuszeni jesteśmy, jak kiedyś dziady za jałmużną, chodzić w połatanych łachach. Zmuszona jestem prać w drewnianej balii na tarze, a mąż, gdy potrzebował rolkę papy, to musiał się zwracać do księdza, który remontował dach kościoła i odstąpił mu tę rolkę papy”. Marii Sz. wtórowała, tyle że dwa lata później, co jest najlepszą recenzją dokonań generalskiej ekipy, mieszkanka Kłodawy. „Zaopatruję się w sklepie WSS Społem nr 51 w Kłodawie i tu rejestruję swoje kartki. Sprzedawczynie dokładają do zakupów artykuły, których akurat chcą się pozbyć. Zgoda klienta jest tu nieistotna – skarżyła się pani Ewa. – Wchodząc do sklepu nie wiem czym zostanę obdarzona, za co zapłacę i za co pobiorą mi kartki. Wszelkie próby protestu kwitowane są propozycją rezygnacji z zakupów. Wiadomo, że poza tym sklepem kartka staje się bezużytecznym kwitkiem, ponieważ w żadnym innym sklepie na terenie naszego miasta nie zostanie zrealizowana”. Skarg było więcej. Po kolejnej podwyżce cen Stanisław Ł., inwalida III grupy, z chorym sercem, alergią, reumatyzmem i kataraktą, przedstawił telewizyjnym redaktorom, w liście datowanym na grudzień 1986 roku, dokładne wyliczenia. „Idąc na rentę otrzymałem 3500 zł na miesiąc. Obecnie, po wszystkich podwyżkach mam 9000 zł. Wówczas chleb kosztował 8 zł – teraz 50 zł. Cukier 10,50 zł – teraz 100 zł. Czynsz płaciłem 360 zł – teraz 1250 zł. Palto 1800 zł – teraz od 8 do 12 tysięcy zł. A więc podwyżka w każdej dziedzinie, niewspółmiernie z płacą. Rąbnęło to oczywiście biedaków. Po komunalnych opłatach zostaje mi 6 tysięcy na życie. Na przejazdy wydaję przeciętnie 800 zł miesięcznie. Mieszkam w małej miejscowości. Za wszystkim trzeba jeździć PKS-em. Trzykilometrowy odcinek kosztuje 16 zł. Pieszo wyniesie jeszcze drożej, bo szkoda butów. Lodówka zepsuta stoi od pół roku. Zresztą tak prawdę mówiąc nie ma w nią co wkładać”.
Polacy szybko zatęsknili za Edwardem Gierkiem i jego złotą epoką. „Wracaj Edek do koryta, lepszy złodziej niż bandyta” – powtarzano sobie i pisano na ścianach już po dwóch latach „jaruzelszczyzny”. Na początku z ironią, później z coraz większą tęsknotą do złotych lat Peerelu, gdy bal zorganizowano nam wprawdzie na kredyt, ale za to z rozmachem. Bo choć wówczas naród także wystawał w kolejkach, to jednak kartki obowiązywały tylko na cukier, a w sklepach można było trafić i japońskie telewizory, i pralki automatyczne. Teraz przedsklepowe kolejki stają się trwałym elementem krajobrazu, a listy kolejkowe jedną z najistotniejszych reguł życia społecznego. Prawdziwą instytucją. Władza próbuje z nimi walczyć metodami administracyjnymi. Kilka dni po wprowadzeniu stanu wojennego dyrektor Biura Ekonomiki i Techniki Handlu Centrali Przedsiębiorstw Handlu Wewnętrznego ogłasza w „Trybunie Ludu” zniesienie list kolejkowych. „Obsługa klientów odbywa się zgodnie z kolejnością ich przybycia do sklepu. Personel punktów sprzedaży detalicznej nie powinien honorować w związku z tym żadnych list i ustaleń komitetów kolejkowych”. Jednocześnie dyrektor zapowiada wprowadzenie systemu przedpłat na niektóre towary, wśród nich na telewizory kolorowe, pralki automatyczne, meble, zamrażarki. „Opracowywane są również reguły sprzedaży podstawowych artykułów użytku osobistego – obuwia, ciepłej bielizny, ubrań. Artykuły te będą sprzedawane za pośrednictwem zakładów pracy. Oddzielnie ustalone zostaną zasady reglamentacji artykułów pierwszej potrzeby dla dzieci oraz zeszytów szkolnych” – obiecuje.
W latach osiemdziesiątych rozgrywa się w Polsce wielka, znacznie większa niż u zarania ludowej Polski, „bitwa o handel”. Wielkie i kosztowne manewry, z góry skazane na klęskę. „Skąd czerpać jeśli nie ma worka obfitości” – dramatycznie, na pierwszej stronie, pyta organ Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Ale władza niestrudzenie próbuje róg obfitości odnaleźć. Trzy dni przed świętami Bożego Narodzenia, 21 grudnia 1981 roku, Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego wystosowuje apel „Do rolników polskich”: „Wyżywimy się sami! Hasło to obecnie jest bez pokrycia i na wyrost. Zabiegamy o pomoc żywnościową dla kraju. Rolnictwo jest jedno, dzieli się tylko na dobre i złe. Na tych, którzy sprzedają państwu i tych, którzy przetrzymują i wolą spekulację”. W liście-apelu, napisanym w poetyce lat pięćdziesiątych, generałowie obiecują chłopom stabilną politykę rolną i zwiększenie opłacalności, ale nie potrafią się powstrzymać przed zastosowaniem podstawowego dla nich instrumentu władzy – gróźb. „Stan wojenny wymaga ścisłego wykonywania obowiązków. Nie chcemy sięgać do obowiązkowych kontyngentów. Sprzedaż efektów rolniczej pracy staje się nakazem chwili i patriotycznym obowiązkiem polskiego rolnika. Od robotniczego trudu, ale i handlu zależy, by słowa te stały się czynem, a chleb, mleko i mięso czymś powszechnym dla ludzi miast i wsi”.
Apel apelem, ale generałowie zawsze mają w zanadrzu wojskowe, w ich mniemaniu najskuteczniejsze, sposoby kierowania gospodarką. Kilka miesięcy po ogłoszeniu „Apelu do rolników polskich”, w marcu 1982 roku, minister spraw wewnętrznych proponuje członkom Biura Politycznego przeprowadzenie „w ciągu 2-3 tygodni uderzeniowej akcji, wykorzystując w niej wszystkie siły i środki: studentów, młodzież szkolną, robotników, chłopów, wojsko do uprawienia i obsiania odługującej ziemi, wydać administracyjny zakaz podejmowania przez absolwentów szkół rolniczych pracy poza resortem rolnictwa”. Słowa generała Czesława Kiszczaka musiały w uszach generała Floriana Siwickiego, wiceministra Obrony Narodowej, zabrzmieć niczym kawaleryjska trąbka, bo natychmiast zaproponował, aby „rozważyć militaryzację POM-ów [Państwowych Ośrodków Maszynowych], a ekipy wojskowe mogą dokonywać remontów maszyn w SKR-ach w zamian za zboże”.
Mimo generalskiej kreatywności i chęci działania, o rogu obfitości, o którym pisał propagandysta „Trybuny Ludu”, nie można było nawet marzyć. Już w marcu 1981 roku, miesiąc po objęciu przez Wojciecha Jaruzelskiego funkcji premiera, rząd wprowadza kartki na mięso i jego przetwory. Decyzja zapada, oczywiście, po „szerokiej, wielomiesięcznej dyskusji” i oczywiście „na okres przejściowy”. Trwał on, jak się później okaże, do 31 lipca 1989 roku. Komunikat w tej sprawie nosi tytuł „W trosce o sprawiedliwy podział tego, czego mamy za mało”. Ludzie reagują natychmiast. Rusza „podziemie kartkowe”. W styczniu 1982 roku, co zapewne nie jest przypadkiem, w mediach pojawiają się doniesienia o pierwszych aresztowaniach fałszerzy kartek żywnościowych. Za kratki trafia kilku mieszkańców Chodzieży, milicja w Pile demaskuje groźny gang sześciu pracowników drukarni, w Bydgoszczy trzech spryciarzy wyprodukowało siedemset kartek, w Płocku aresztowano czterech, którym skonfiskowano 4 tysiące kartek na alkohol, nieco więcej niż sześcioosobowy „gang warszawski”, który wyprodukował 3 tysiące kartek na mięso, tłuszcze oraz papierosy. Prawdziwym czarnym charakterem lat osiemdziesiątych władze mianują jednak spekulanta. To postać groźna, demoniczna wręcz, winna wszystkim nieszczęściom Polski i Polaków. Spekulant spekuluje wszystkim na czym można zarobić: kawą, mięsem, ziemniakami, alkoholem, papierosami... Prasa informuje o kierowniczce sklepu spożywczego w Katowicach, która ukryła przed klientami 44 paczki kawy, 34 paczki mleka w proszku, 25 kostek masła wiejskiego i 73 masła śmietankowego, a nawet 73 paczki zapałek. W Andrzejowie w województwie łódzkim ajent sklepu monopolowego ukrył 111 butelek wódki, a białostocki ajent kiosku Ruchu 83 rodzaje artykułów, wśród których były papierosy, książki, gazety, kosmetyki, środki czystości, gaz do zapalniczek, znicze nagrobne, mapy i nawet plany miast! Bo ajent, to jest oczywista oczywistość, jest z definicji spekulantem. Do tego spekulantem zarabiającym krocie. Jego szkodliwość dla Polski i w ogólności dla komunizmu da się porównać tylko z badylarzem, czyli posiadaczem gospodarstwa ogrodniczego, sprzedającego nowalijki i „tłukącego kasę” na kwiatach.
Niektórzy, nieliczni, spekulanci i „kartkowi gangsterzy” idą siedzieć, a tymczasem system kartkowy rozrasta się z każdym miesiącem, a chaos pogłębia jeszcze regionalna specyfika. Mieszkańcy województwa poznańskiego dostają kartki na żyletki, rajstopy, pończochy i skarpetki. Jeśli zdecydują się na zapuszczenie brody, to ich żony będą mogły wymienić pięć żyletek na dodatkową parę pończoch, rajstop lub skarpetek. W Bydgoszczy, jeśli w odpowiednim sklepie przedstawi się przydział na nowe mieszkanie, można kupić firanki, dywan oraz materiał na zasłony. Niektóre zakłady pracy uszczęśliwiają swoich pracowników talonami na bieliznę pościelową, kołdry i koce. W katowickich sklepach przemysłowych obsługuje się wyłącznie mieszkańców tego miasta, w Tarnowie, jak informują gazety, co jakiś czas w sklepowych witrynach pojawiają się wywieszki „Dziś sprzedajemy skarpetki tylko pracownikom Azotów”. Czasem władze wstrzykują w znękane społeczeństwo zastrzyk optymizmu. „Będzie na rynku, oprócz mąki, także dość kasz i płatków. Zastanawiano się nawet nad zniesieniem na nie kartek, postanowiono jednak poczekać z taką decyzją do pełniejszego rozeznania sytuacji (…). Mąkę i ziemniaki oraz przetwory otrzyma również przemysł chłodniczy, który dotychczas nie miał z czego produkować między innymi gotowych mrożonych dań kulinarnych”.
Ogarnięcie całego systemu reglamentacji towarów jest nie lada wyzwaniem. Ale prawdziwym wyzwaniem jest zbilansowanie domowych budżetów, bo od 1 lutego 1982 roku wchodzą w życie podwyżki znacznie ważniejszych towarów, przede wszystkim żywności, opału oraz energii elektrycznej. Cena cukru skacze z 10,50 zł do 46 zł, masła do 24 zł, za kilogram żółtego sera trzeba zapłacić 190 zł, kurczaka 130 zł, a schabu z kością 360 zł. Szynka wieprzowa gotowana pyszni się obecnie ceną 550 zł, o 50 zł tańszy jest baleron. Na tonę węgla trzeba od 1 lutego 1982 roku wyłuskać z portfela 2,2 tysiąca zł. Mocny cios próbuje złagodzić Wojciech Jaruzelski obiecując z sejmowej trybuny, że „w ciągu roku najdotkliwsze trudności mogą być za nami. Dwa, trzy lata pozwolą nam na przywrócenie równowagi”. Obietnica, na którą niewielu już się nabiera. Nikt też nie nabiera się, że podwyżki są „elementem całościowej reformy”. Choć dziennikarze ze wszystkich sił starają się obywateli do tego przekonać. „Reforma cen powinna stworzyć podstawy do racjonalnego gospodarowania – przede wszystkim w przedsiębiorstwach, ale także w gospodarstwach domowych (…). W najbliższych miesiącach będzie nam bardzo ciężko, zwłaszcza że trzynastki i zaliczkowo wypłacone kwoty emerytur i rent nie zasilą już naszych budżetów – tłumaczy w kwietniu 1982 roku redaktor Barbara Brach w „Kobiecie i Życiu”. – Zasady reformy powinny jednak wyzwolić w przedsiębiorstwach zaradność, chęć i umiejętność radzenia sobie w trudnych okolicznościach, skłonność do oszczędzania. Jeżeli takie oznaki się pojawią, możemy zacząć patrzeć w przyszłość z odrobiną nadziei”. Nie pojawiły się, nie mogliśmy. „A jak zdobyłam dwa pomarańcze na święta Bożego Narodzenia, to było coś okropnego – żaliła się w styczniu 1986 roku w liście do telewizji mieszkanka Piekar Śląskich. – Dzielili po dwie sztuki, stałam kilka godzin w kolejce, a jak wreszcie przywieźli, to jest nie do opisania, co się działo”.
Bez pomarańczy jakoś można się było obyć. Gorzej, że Polska znalazła się w „świńskim dołku”. To znaczy „świński dołek” był nieodłącznym składnikiem Peerelu, ale bywało, że dołek się pogłębiał, a wówczas haki w sklepach masarniczych lśniły jeszcze bardziej. W maju 1982 roku „Kobieta i Życie” w artykule „Świński dramat” poinformowała o wysiłkach urzędników, którzy próbowali znaleźć jakieś wyjście z trudnej sytuacji. „Przez cały ubiegły rok w Ministerstwie Rolnictwa, Przemysłu Spożywczego i Skupu i w likwidowanym właśnie Centralnym Zarządzie Państwowych Przedsiębiorstw Gospodarki Rolnej odbywały się spotkania i narady. Zastanawiano się na nich, jak wyżywić świnie bez paszy”. Niestety, trzoda chlewna zdawała się zupełnie nie przejmować wysiłkami komunistycznych urzędników i ich, z pewnością nowatorskim, pomysłem wyżywienia bez paszy. Ich trud – urzędników, nie świń – nie został nagrodzony. Ale będą próbowali do końca dekady. Z równie mizernym skutkiem.
Tym wysiłkom nie poddają się także karpie. Przed świętami Bożego Narodzenia w 1983 roku w prasie pełno jest reportaży o hodowli tej ryby. Konkluzja wszystkich smutna – karpi będzie zbyt mało. I to mimo tego – a może właśnie dlatego – że problemem zajmują aż dwa ministerstwa. Oczywiście to nie wina urzędników, ani tym bardziej systemu. Dziennikarze przekonują Polaków, że winne jest ciepłe lato. Tylko że minie kilka lat i karpi nadal nie będzie, bo ich kupno do końca lat osiemdziesiątych będzie przypominało polowanie na yeti – ktoś widział, ale nikt nie złapał. Inna komisja, tym razem wspierana przez węgierskich specjalistów, rozpoczyna w 1982 roku żmudne prace nad wysokością marż w handlu. Eksperci pochylają się nad problemem z troską i bezprzykładnym zaangażowaniem. Ale marże pozostają równie śnięte, jak karpie.
Naród musi sobie jednak radzić. W 1983 roku „Kobieta i Życie” drukuje więc przepisy na zupę fasolową z szybkowaru, zupę ze słodkiej kapusty, krupnik jęczmienny, uczy jak przygotować kotlety z jajek, zupę rabarbarową, zupę z sera i nawet mleka. Widać zaopatrzenie rynku się nie poprawia, bo w tym samym piśmie, tyle że pięć lat później, można się nauczyć, jak przygotować „sos twarożkowy”, zupę selerową oraz postny kapuśniak. Zmienia się za to nazewnictwo. Jest bardziej światowo – pismo proponuje zaskoczyć uczestników przyjęcia flaczkami z jarzyn, a przede wszystkim „mortadelą w szlafroczkach”.
Ale codzienność nie przechadza się w szlafroczkach. „W obecnej trudnej sytuacji żywnościowej warto sięgnąć do dobrych tradycji żywieniowych dawnej wsi. Od czasu, gdy tak trudno o cokolwiek do chleba, nawet o masło, smalec czy dżem, wróciliśmy do gotowanych śniadań – relacjonował w 1982 roku „Zielony Sztandar”. – Najbardziej lubianą potrawą na śniadanie jest żur ze śmietaną oraz ziemniaki omaszczone skwarkami”. Zupełnie jak w reymontowskich „Chłopach”, których akcja, przypomnę, toczy się pod koniec XIX wieku. Z kolei czytelniczka „Przyjaciółki” dzieli się swoimi sposobami przetrwania, coraz bardziej się wydłużającego, trudnego okresu przejściowego. „Wydatki na mięso i wędliny, nawet w ilościach wynikających z reglamentacji, znacznie wzrosły. Tym bardziej więc staje się konieczne racjonalne wykorzystywanie każdego kawałka. Na każdą kartkę mięsną kupuję 1,6 do 1,7 kg mięsa, reszta to wędliny. Czasem i te relacje zmieniam, wprowadzając do posiłków wędlinę zamiast mięsa. W ten sposób na 16 lub 17 obiadów w miesiącu mogę podać mięso. Raz w tygodniu są to obiady z pełną jego porcją, wynoszącą około 12 dkg”.
W atmosferze ogólnej degrengolady, braku sukcesów i jakichkolwiek radości, bolesnego poczuciu niemożności – w 1986 roku liczba samobójstw przekroczyła w Polsce 4,4 tysiące, wobec 2,9 tysięcy na początku dekady – alkohol stawał się atrakcyjną alternatywą. Trzeba było się napić, bo wówczas rzeczywistość stawała się znośniejsza. Wprawdzie na krótko, ale jednak. Najlepiej było napić się tak, aby „sponiewierało”. To było najefektywniejsze lekarstwo na nieustającą chandrę. Skwapliwie więc tę chandrę zalewano. W lata osiemdziesiąte Polska wkroczyła pijana – w 1979 roku Polacy wypijali rocznie niemal 300 milionów litrów alkoholu, co oznaczało, że statystyczny obywatel konsumował 8,6 litra czystego alkoholu, a wpływy z jego sprzedaży stanowiły ponad 14% dochodów budżetowych, najwięcej od 1947 roku, gdy gospodarka dopiero podnosiła się z wojennej ruiny. Wojciech Jaruzelski, zdeklarowany abstynent, chciał jednak Polaków nawrócić. Już dwa tygodnie po objęciu stanowiska prezesa Rady Ministrów, zwołał wielką naradę, na której postanowiono rozpocząć prace nad ustawą antyalkoholową. W efekcie wódka stała się towarem reglamentowanym – każdemu dorosłemu obywatelowi przysługiwało prawo do kupna jednej półlitrówki – a dodatkowo drastycznie ograniczono ilość sklepów prowadzących sprzedaż alkoholu. Co jednak najważniejsze, wprowadzono zakaz sprzedaży i konsumpcji alkoholu przed godziną 13,00. Próba „aresztowania” alkoholu przez generała-abstynenta skończyła się klęską. Odpowiedzią na restrykcje był rozrost alkoholowego podziemia. Polacy pędzili bimber zawsze, ale bywały momenty, gdy jego produkcja wzrastała do niebotycznych rozmiarów. W dekadzie Jaruzelskiego nastąpił prawdziwy rozkwit. Z szacunkowych obliczeń wynika, że o ile w połowie dekady Gierka nielegalnie wyrabiany alkohol stanowił 5-10 procent całej wypijanej w Polsce wódki, to w dekadzie Jaruzelskiego ten wskaźnik skoczył do 30, a nawet 40 procent!
„W latach osiemdziesiątych do nielegalnego wyrobu alkoholu stosowano przede wszystkim żyto, w mniejszym stopniu ziemniaki, ale także cukier, który bimbrownicy zdobywali sobie tylko znanymi sposobami. Stosowano też oczywiście owoce, zwłaszcza na południu Polski, przede wszystkim śliwki oraz gruszki – tłumaczy Hubert Czochański z Muzeum Bimbrownictwa w Białymstoku. – W tamtej dekadzie na Podlasiu żadne chrzciny, żadne wesele, żaden pogrzeb, nie mogły się odbyć bez trunku własnej produkcji. Jedną z przyczyn była reglamentacja, a drugą moda. Jeśli człowiek chciał być szanowany, to po prostu musiał wyrabiać bimber. Jeśli pędziłeś to znaczy, jakbyśmy dziś powiedzieli, że byłeś cool”.
Aparatura do pędzenia bimbru stała się ważną częścią umeblowania łazienek, kuchni, garaży, a nawet piwnic w blokach. Ale bimber wyrabiano także w lasach, zwłaszcza na wschodzie Polski. Jeden z podlaskich leśniczych opowiadał mi, że wystarczył kilkunastominutowy spacer po Puszczy Białowieskiej lub Knyszyńskiej, aby trafić na przynajmniej kilka szałasów lub ziemianek wyposażonych w sprzęt do produkcji „łez puszczy”. Według Huberta Czochańskiego, bimber wyrabiano w leśnych szałasach, ale wykorzystywano też skrzynie po importowanych do Polski maszynach, wówczas z reguły sowieckich, a nawet wagoniki kolejki wąskotorowej. W tych „prywatnych gorzelniach” często alkohol produkowano na urządzeniach, które wcześniej pracowały w mleczarniach. „W dobrze zorganizowanej bimbrowni dwie osoby mogły w ciągu dobry wyprodukować nawet 200 litrów alkoholu. Na Podlasiu był to z reguły alkohol 70-procentowy, zwany Duchem Puszczy”– tłumaczy pracownik białostockiego Muzeum Bimbrownictwa. – Część nielegalnie wyprodukowanego alkoholu sprzedawano, ale większość była spożywana we własnym zakresie, chętnie też obdarowywano krewnych, znajomych, sąsiadów. To były, nazwijmy to elegancko, limitowane serie”. Z reguły jakość tego alkoholu była dużo lepsza niż to, czym „masował” wówczas polskie wątroby państwowy monopol spirytusowy – picie „Vistuli” czy „Bałtyckiej” wymagało naprawdę wielkiego samozaparcia. Na tym tle popularna i ogólnie dostępna w latach siedemdziesiątych „Żytnia”, stała się trudną do zdobycia ambrozją.
Trwa ładowanie komentarzy...