Jaruzelski szeregowcem?

W Ministerstwie Obrony Narodowej, jak doniosły niedawno media, trwają prace nad pośmiertnym pozbawieniem Wojciecha Jaruzelskiego stopnia generała armii. Czy to ma sens? Najpierw trzeba zadać pytanie, za co konkretnie MON Antoniego Macierewicza zamierza Jaruzelskiego zdegradować. Jest bowiem wiele przemawiających za degradacją argumentów. Ale nietrudno też znaleźć argumenty przemawiające za hasłem „ciszej nad tą trumną”.

Pierwszym argumentem każącym przyklasnąć ministrowi Macierewiczowi jest współpraca Jaruzelskiego z Informacją Wojskową. Nie ma najmniejszych wątpliwości, że Wojciech Jaruzelski był tajnym współpracownikiem Informacji Wojskowej, jednej z najbardziej plugawych i zbrodniczych peerelowskich organizacji. Dokumenty w tej sprawie, choć starano się z nich usunąć wszelkie ślady współpracy Jaruzelskiego, są jednoznaczne. Według Instytutu Pamięci Narodowej, Wojciech Jaruzelski został zwerbowany do współpracy z Informacją Wojskową 29 marca 1946 roku, a więc w okresie, gdy walczył z niepodległościowym podziemiem ramach 3. Dywizji Piechoty „na – jak to określano w niezrównanym bezpieczniackim języku – uczuciach patriotycznych”. Nadano mu pseudonim „Wolski”. Dalej w dokumentach zgromadzonych dzisiaj w Instytucie Pamięci Narodowej można przeczytać: „Jednostka wartościowa. Członek Partii. Dobry tajny współpracownik, nadający się na rezydenta. K/m [Kompromateriałów, materiałów kompromitujących] nie posiadamy”. Potwierdzenie współpracy Jaruzelskiego z bezpieczniackimi służbami LWP znajduje się również w innych dokumentach, które starano się „wyczyścić”, ale jak widać nie dość starannie – przede wszystkim w „Księdze inwentarzowej tajnych współpracowników Nr 1 Zespołu E-1”, centralnym dzienniku tak zwanych osobowych źródeł informacji Głównego Zarządu Informacji Wojska Polskiego.
Z punktu widzenia biografii Wojciecha Jaruzelskiego najważniejsze w tych dokumentach jest stwierdzenie, że został on zwerbowany „na uczuciach patriotycznych”. To oznacza, że młodego wówczas oficera ludowej armii do współpracy nie zmuszano, zgodził się na nią dobrowolnie.
Jak mógł się na to zdobyć człowiek wychowany w duchu patriotycznym, przez lata blisko związany z Kościołem, przed wojną sławiący Piłsudskiego i obnoszący się z „mieczykiem Chrobrego”? Jak człowiek, który doświadczył gehenny zesłania na Syberię, którego ojciec został wykończony przez stalinowski system, mógł zostać sowieckim janczarem?
Nasuwają się dwie odpowiedzi. Po pierwsze wojna. Wojna zmienia wszystko, wszystko przewartościowuje. Tym bardziej, gdy jej groza zostaje spotęgowana latami spędzonymi w morderczym państwie Stalina.
Słynna scena z przyjęcia odbywającego się na Kremlu kilka miesięcy po zakończeniu II wojny światowej: strojna sala wypełniona przez marszałków, generalicję, wyższych oficerów Armii Czerwonej i partyjnych dostojników. Stalin wznosi kieliszek, ale jego przemówienie jest dziwne – wygłasza toast na cześć śrubek. Za śrubki, dzięki którym wszystko funkcjonuje, cały mechanizm jest trwały. Marszałkowie, generałowie, wyżsi oficerowie Armii Czerwonej oraz partyjni notable pyszniący się swoim wojskowym geniuszem, dumni z pokonania Tysiącletniej Rzeszy, w lot łapią o co Stalinowi chodzi – to o nich mówi Stalin, to oni są śrubkami. Tylko śrubkami – ważnym elementem w mechanizmie robotniczo-chłopskiego państwa, ale elementem, który łatwo zastąpić.
Zużyte śrubki wyrzuca się na śmietnik.
Czy Jaruzelski, w momencie przystąpienia do zbrodniczej Informacji Wojskowej mający 23 lata, mógł to rozumieć? Mógł rozumieć, że alternatywa jest prosta – z nami lub na śmietnik?
Inni poszli heroiczną drogą, Jaruzelski wybrał łatwiejszą. On, wnuk powstańca z lat 1863-1864, pieczętujący się szlacheckim herbem, zaprzedał duszę czerwonemu Lucyferowi. To nie ulega wątpliwości. Może, on, wywodzący się z patriotycznego, ziemiańskiego domu, ale złamany zesłaniem, śmiercią ojca, potwornościami wojny, nie miał dość siły charakteru, aby dokonać innego wyboru. Łatwo o tym wyrokować siedemdziesiąt lat po hekatombie II wojny światowej. Ale trzeba pamiętać, że poddawali się silniejsi, starsi, bardziej doświadczeni, którzy nie znali sowieckiego Sybiru. Choćby generał Gustaw Paszkiewicz, dowódca w przedwojennym Wojsku Polskim, uczestnik kampanii wrześniowej, w 1940 roku zastępca dowódcy Związku Walki Zbrojnej, który po wojnie aktywnie zwalczał niepodległościowe podziemie, łajał mikołajczykowskie PSL za wyimaginowaną współpracę z okupantem, a Andersa oskarżył o udział w spisku na generała Sikorskiego. Takich przykładów było dużo, dużo więcej…
Jest i druga odpowiedź, nieodległa od pierwszej – Jaruzelski zdecydował się na współpracę z Informacją Wojskową w obawie o karierę. Ziemiańskie pochodzenie, mówiąc delikatnie, nie sprzyjało awansom w komunistycznej armii. W 1952 roku generał Kazimierz Witaszewski – zwany „generałem gazrurką” – wówczas już druga osoba w LWP, bo szef Głównego Zarządu Politycznego, zażądał wyrzucenia Wojciecha Jaruzelskiego z armii. Powód w owych czasach oczywisty i bezdyskusyjny – „burżuazyjne pochodzenie”. Jak wynika z tzw. Teczki Kiszczaka, którą historyk Instytutu Pamięci Narodowej Wojciech Sawicki odnalazł w poenerdowskich archiwach, przed wyrokiem zastępcy marszałka Rokossowskiego i jednego z najpotężniejszych wówczas ludzi w armii, uchronił Jaruzelskiego Czesław Kiszczak, późniejszy jego najwierniejszy współpracownik i w latach osiemdziesiątych wszechwładny minister spraw wewnętrznych.

Degradacja za Czechosłowację i Grudzień’ 70?
Drugi powód do degradacji Wojciecha Jaruzelskiego to inwazja na Czechosłowację w 1968 roku. Została ona dokonana na zlecenie Władysława Gomułki, I sekretarza KC PZPR. Jaruzelski był wówczas świeżo upieczonym ministrem obrony narodowej. Czy mógł się „Wiesławowi” sprzeciwić? Oczywiście, straciłby stanowisko i epolety, ale nie głowę. Podobnie było w grudniu 1970 roku. Warto jednak pamiętać, że w tym czasie Jaruzelski odegrał również pozytywną rolą. Bez jego udziału pozbawienie Gomułki stanowiska szefa PZPR byłoby niemożliwe, a w każdym razie trudne. Poczytuję mu to za zasługę, bo Edward Gierek był jednak dla Polski i Polaków lepszy niż Gomułka.

Degradacja za usuwanie z armii Żydów”?
Kolejna „czarna” karta w życiorysie Wojciecha Jaruzelskiego to pozbywanie się z wojska oficerów pochodzenia żydowskiego. Proces ten rozpoczął się już w czerwcu 1967 roku i, w swojej najbardziej intensywnej formie, trwał do połowy 1969 roku. Do odwieszenia munduru na kołku zostało zmuszonych trzystu wyższych oficerów, wśród nich tak lubianych w Moskwie absolwentów sowieckiej „Woroszyłówki”. Do tej pory to oni mieli być jednym z istotnych instrumentów unifikacji i podporządkowania Związkowi Radzieckiemu polskiej armii, teraz uznano ich za niebezpiecznych. Obowiązywał nowy kurs.
Wojciech Jaruzelski, minister obrony narodowej, trzymał się tego kursu długo. Zaskakująco długo. Konsekwencje wobec oficerów Ludowego Wojska Polskiego pochodzenia żydowskiego wyciągał nieomal do końca swoich rządów. W lutym i wrześniu 1970 roku opublikowano rozkazy personalne o degradacji oficerów żydowskiego pochodzenia. Tylko pierwszy rozkaz obejmował 891 oficerów. Kolejne degradacje miały miejsce w marcu 1971 roku, kwietniu 1972 roku, w sierpniu 1974 roku, potem w marcu 1980 roku i ostatni – półtora miesiąca po wprowadzeniu stanu wojennego, 27 stycznia 1982 roku, który w zastępstwie Jaruzelskiego podpisał szef sztabu WP, generał Florian Siwicki. W sumie Jaruzelski pozbawił stopnia wojskowego 1356 oficerów i chorążych żydowskiego pochodzenia, w tym 54 pułkowników, 79 podpułkowników i 132 majorów. Po latach ocenił to negatywnie. „Krzywda wyrządzona nawet jednemu człowiekowi jest faktem moralnie niegodziwym. A co dopiero, gdy nosi to cechy kategoryzacji zbiorowej i dotyczy środowiska wielu ludzi, w tym zasługujących swą drogą życiowo-wojskową na zaufanie i szacunek”. Już wcześniej, pod koniec lat osiemdziesiątych, w rozmowie z Mieczysławem Rakowskim przyznał, że „jakiś niesmak we mnie pozostał z tych czasów, bo być może należało energiczniej przeciwdziałać”. Bardzo delikatne stwierdzenie w ustach człowieka, który stał na czele ściśle zhierarchizowanej machiny rugującej oficerów i chorążych żydowskiego pochodzenia. Jeśli uznać, że w okresie rządów Gomułki był jeszcze zbyt słaby, aby powiedzieć stop, to w styczniu 1971 roku, gdy władzę w Polsce objął Edward Gierek, na pewno był już wystarczająco mocny. Choć trzeba przyznać, że działania Jaruzelskiego nie były zbyt „krwiożercze” – większość zdegradowanych oficerów nie traciła ani służbowych mieszkań, ani uprawnień emerytalnych.

Degradacja za stan wojenny?
Można to uzasadnić. Ale dla Macierewicza będzie to jednak trudne. W 1983 roku redagowany pod wodzą Macierewicza „Głos” pisał: „PRL jest swoistym fenomenem. Polakom obeznanym przez ponad 250 lat (co najmniej od końca Wielkiej Wojny Północnej) z różnymi formami dominacji rosyjskiej, a później radzieckiej nad ich krajem, najbardziej powinna przypominać Królestwo Kongresowe (…) Wbrew formule Weinbergera [Caspar Weinberger – sekretarz obrony USA w latach 1981-1987] o rosyjskim generale w polskim mundurze, jest dla nas jako dla narodu istotne, że nie rządzą nami bezpośrednio Rosjanie. (…) Wiele wskazuje na to, że zamysł państwowotwórczy da się w deklaracjach i działaniach WRON-y odczytać. Koncepcja polityczno-ustrojowa ekipy Jaruzelskiego ma co najmniej dwa źródła: „bourbońskie” i komunistyczno-oficerskie; stara się połączyć doświadczenie reżimów restauracyjnych i dyskutowane przed powołaniem PRL projekty oparcia władzy komunistycznej nie o partię lecz o kadrę wojskową”. Krótko mówiąc – Macierewicz chciał zawiązać sojusz opozycji, kościoła i wojska przeciwko partii komunistycznej i ZSRR. Pomysł, mówiąc najdelikatniej, bardzo odjechany! Bardzo – ale o tym innym razem.

Argumenty za zostawieniem Jaruzelskiego w spokoju
Na początek przytoczę fragment z „Czerwonego Ślepowrona”: „Na początku 1973 roku rozpoczęła działalność Międzynarodowa Komisja Kontroli i Nadzoru, w skład której – obok Indonezji, Kanady (zastąpionej później przez Iran) oraz Węgier – weszła również Polska. Na czele polskiej delegacji stanął ambasador Ryszard Fijałkowski. „Przed wyjazdem zostaliśmy przyjęci najpierw przez Gierka, a później Jaruzelskiego, bo większość delegacji stanowili oczywiście wojskowi. Podczas rozmowy w cztery oczy szef MON powiedział mi, że dwa moje najważniejsze zadania nie zostaną opisane w instrukcji. Pierwsze dotyczyło kwestii międzynarodowych – opowiada Ryszard Fijałkowski. – Jaruzelski powiedział mi wówczas: Wy towarzyszu zdajecie sobie oczywiście sprawę, że mamy związki sojusznicze, o które trzeba dbać. Ale rozsądnie. Wiecie też, jaki jest stan stosunków polsko-amerykańskich. I jak ważną sprawą dla Stanów Zjednoczonych jest Wietnam. Jeżeli uda wam się nawiązać kontakt z ambasadorem USA, to proszę uwzględnić, jak ważna może być to sprawa dla naszego kraju Czy dobrze się rozumiemy? Później określił moje drugie zadanie w Wietnamie: Tam jest wojna, tam się strzela. Proszę oszczędzać życie polskich żołnierzy”.
Ale ważniejszym argumentem jest oczywiście okres 1989-1990, czyli czas wychodzenia z komunizmu. Jaruzelski był wówczas prezydentem i był naprawdę lojalny wobec nowych, wywodzących się z antykomunistycznej opozycji, władz. Interesująco mówi to w mojej biografii byłego szefa PZPR Piotr Nowina-Konopka, działacz „Solidarności” wysłany do Belwederu przez Lecha Wałęsę.
I argument ostatni. Czy warto pastwić się nad historią? Jaruzelski był jej, bardzo ważną, częścią. Czy pośmiertne odebranie mu generalskiego stopnia naprawdę coś zmieni?
Trwa ładowanie komentarzy...