O autorze
Piotr Gajdziński – publicysta miesięcznika „Odra”, były dziennikarz „Wprost” i „Rzeczpospolitej”, publikował m.in. w „Polityce”, „Tygodniku Powszechnym” oraz „Życiu Gospodarczym”. Autor kilku książek, w tym wydanej we wrześniu 2014 roku biografii Edwarda Gierka pod tytułem „Gierek. Człowiek z węgla”. W styczniu 2017 roku na rynku ukazała się biografia Wojciecha Jaruzelskiego "Czerwony Ślepowron"

Era dinozaurów

Najważniejsze i najczęściej zadawane pytanie dotyczące Wojciecha Jaruzelskiego, to oczywiście pytanie, czy na przełomie 1981 i 1982 roku Moskwa zamierzała dokonać inwazji na Polskę. Pełnej odpowiedzi na to pytanie udzielam w „Czerwony Ślepowronie”. Tu tylko krótko. Moim zdaniem, na początku lat osiemdziesiątych Związek Sowiecki był zbyt słaby, aby dokonać interwencji nad Wisłą. Owszem, Armia Radziecka miała dość czołgów, dość żołnierzy i dość karabinów. Ale ZSRR nie miał dość siły ekonomicznej, aby poradzić sobie z konsekwencjami inwazji.

Pierwsze pięciolecie dyktatorskich rządów Wojciecha Jaruzelskiego przypadło na, jak to nazwał jeden z sowieckich historyków, „okres szarości”, czyli panowania pustej, zastałej i skorumpowanej sowieckiej biurokracji. Ale jeszcze celniejszym określeniem tego okresu była nazwa nadana przez moskiewską ulicę – „wyścig katafalków”. Jaruzelskiemu przyszło słuchać rad, poleceń i mniej lub bardziej otwartych połajanek aż czterech szefów sowieckiej partii komunistycznej – Leonida Breżniewa, Jurija Andropowa, Konstantina Czernienki oraz Michaiła Gorbaczowa. Był więc Jaruzelski także pod tym względem niekwestionowanym rekordzistą wśród peerelowskich przywódców, znacząco wyprzedzając Bolesława Bieruta (który namiestnikował Peerelem w imieniu Stalina i, krótko, Chruszczowa) oraz Władysława Gomułki (za którego rządów na Kremlu zasiadali Chruszczow i Breżniew). Inni I sekretarze KC PZPR, Edward Ochab i Edward Gierek oraz – co już miało mniejsze znaczenie – Mieczysław F. Rakowski, mieli ten luksus, że przyszło im, nazwijmy to eufemistycznie, „współpracować” tylko z jednym gensekiem.

Jaruzelskiemu Związek Sowiecki musiał się kojarzyć z Leonidem Breżniewem. Oczywiście, lata wojny i pierwszy powojenny okres nierozerwalnie związany był z Józefem Stalinem, ale w nawet w ostatnim okresie rządów następcy Lenina, Jaruzelski był niskiej rangi wojskowym i oczywiście osobiście nigdy Wodza nie poznał. Dla niego Związkiem Sowieckim „od zawsze” rządził Breżniew. Gdy Jaruzelski zostawał szeregowym członkiem Komitetu Centralnego PZPR, Breżniew był już przewodniczącym Prezydium Rady Najwyższej Związku Sowieckiego i drugą najważniejszą osobą w sowieckim imperium, a cztery miesiące później, 14 października 1964 roku, objął stanowisko I sekretarza KC KPZS (w 1966 roku nazwę stanowiska zmieniono na sekretarz generalny). Gdy Jaruzelski, zostając w grudniu 1971 roku członkiem Biura Politycznego wszedł do „pierwszego kręgu” władzy, Breżniew miał już za sobą pacyfikację Czechosłowacji i był niekwestionowanym przywódcą światowego ruchu komunistycznego. I pozostał nim do momentu, gdy Jaruzelski został I sekretarzem KC PZPR, prezesem Rady Ministrów, szefem Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego oraz ministrem obrony narodowej. W kolekcjonowaniu tytułów generał niewiele Breżniewowi ustępował.

Gdy Wojciech Jaruzelski obejmował władzę w Polsce, „państwo robotników i chłopów” miało za sobą 64 lata istnienia i wydawało się niewzruszoną potęgą. W lutym 1981 roku, gdy Jaruzelski obejmował tekę prezesa Rady Ministrów, niewielu ludzi na świecie dostrzegało, że imperium wchodzi w fazę schyłkową. Szef WRON, jako wojskowy, zwracał z pewnością największą uwagę na niezliczone zastępy sowieckich żołnierzy wyposażonych w nowoczesną broń – od rakiet balistycznych z głowicami nuklearnymi, samolotów dalekiego zasięgu, poprzez lotniskowce i okręty podwodne, po czołgi i wozy pancerne. W latach rządów Leonida Breżniewa, Związek Sowiecki osiągnął rzeczywistą pozycję supermocarstwa, a w niektórych dziedzinach, na przykład broni konwencjonalnej, militarna potęga Moskwy wyprzedziła Stany Zjednoczone. Ale i nad Armią Czerwoną słońce powoli, acz nieubłaganie, zachodziło. Jej siła zaczynała się na początku lat osiemdziesiątych kruszyć. Gdy pod naciskiem Ronalda Reagana, świeżo upieczonego prezydenta Stanów Zjednoczonych, którego na Kremlu początkowo lekceważono, w Europie Zachodniej rozpoczął się proces instalacji nowych pocisków Pershing-2 oraz rakiet Cruise, a wkrótce potem, w marcu 1983 roku, Reagan ogłosił rozpoczęcie programu „gwiezdnych wojen”, gdy z wojny w Afganistanie coraz więcej żołnierzy „niezwyciężonej Armii Czerwonej” zaczęło wracać w trumnach, a jeszcze większa była liczba rannych, ta potęga nie była już tak potężna, jak w końcu poprzedniej dekady.

Inwazja w Afganistanie była szaleństwem. Ale jak określić to, co działo się w sowieckiej gospodarce? Nawet „purnonsens” wydaje się określeniem zbyt łagodnym. Na odbywającym się w 1961 roku XXII Zjeździe KPZS Nikita Chruszczow ogłosił, że za dwadzieścia lat Związek Sowiecki wejdzie w fazę komunizmu. Tymczasem u progu ósmego dziesięciolecia XX wieku nic nie wskazywało, że imperium choć o krok przybliżyło się do ery powszechnej szczęśliwości i puka do bram raju. Popularny sowiecki dowcip z tego okresu głosił, że „bezrobocia nie ma, ale nikt nie pracuje. Nikt nie pracuje, ale produkcja wzrasta. Produkcja wzrasta, ale w sklepach pustki. W sklepach pustki, ale nikt nie umiera z głodu. Nikt nie umiera z głodu, ale wszyscy są niezadowoleni. Wszyscy są niezadowoleni, ale wszyscy głosują za”. To dobrze oddawało rzeczywistość ostatnich lat breżniewowszczyzny.

Wzrost gospodarczy, przynajmniej według sowieckich ekonomistów, nadal trwał, ale był już wówczas – w porównaniu z poprzednią dekadą – minimalny. Główne koło zamachowe gospodarki, czyli wydobycie ropy naftowej i gazu, z powodu bezprzykładnej eksploatacji i braku nowych inwestycji, wyczerpywało swoje możliwości. Syberia, z jej nieprzebranym bogactwem surowców, przez ponad sześćdziesiąt lat umożliwiająca istnienie sowieckiego modelu gospodarczego, stawiała coraz większy opór. W efekcie nadzieja na pozyskiwanie niezbędnej dla gospodarki twardej waluty, która miały pchnąć sowiecką gospodarkę na nowe tory, powoli gasła. W latach siedemdziesiątych udział paliw i energii w eksporcie ZSRS wzrósł z 15,5 procent do blisko 47 procent, co oznaczało także coraz większe uzależnienie całej gospodarki od eksportu tych surowców. Tymczasem w 1986 roku ceny na ropę spadły do poziomu 78 procent w porównaniu z poprzednim rokiem, a jeśli brać pod uwagę sprzedaż tego surowca za waluty wymienialne, do zaledwie 40 procent. Jedynym ratunkiem wydawało się ograniczenie sprzedaży tego surowca do „bratnich krajów” i zwiększenie eksportu na Zachód. Breżniew podjął taką próbę w 1981 roku. Gra była warta świeczki, bo do państw socjalistycznych – po znacznie niższych cenach – Moskwa wysyłała 10-15 procent całego wydobycia tego surowca. Na przełomie sierpnia i września 1981 roku Erich Honecker, sowiecki namiestnik Niemieckiej Republiki Demokratycznej, otrzymał od genseka list z hiobową wieścią. Breżniew stwierdzał w nim, że Związek Sowiecki nie jest już w stanie dostarczać do NRD zagwarantowanych długoletnią umową 20 milionów ton ropy naftowej. Gensek usprawiedliwiał się kilkuletnimi nieurodzajami w rolnictwie, co spowodowało konieczność zwiększonych zakupów żywności na Zachodzie. Tymczasem sowiecka ropa oznaczała dla NRD prawdziwe „być albo nie być”, bo państwo to uzyskiwało znaczną część dewiz z jej przetwarzania i reeksportu. W październiku 1981 roku do Berlina przyjechał specjalny wysłannik genseka, Konstantin Rusakow, sekretarz KC ds. międzynarodowych, który oświadczył Honeckerowi, że „spadło na nas wielkie nieszczęście, jakiego nie doświadczyliśmy od powstania Związku Sowieckiego. Jeżeli nie poniesiecie wspólnie z nami jego następstw, to zaistnieje niebezpieczeństwo, że ZSRS nie zdoła utrzymać swojej międzynarodowej pozycji. Przybywamy jako petenci, mamy nadzieję, że nas zrozumiecie i nie utracimy naszej godności. Leonid Iljicz polecił mi: Powiedz Erichowi, że płakałem, kiedy pisałem te listy. Wszystko wyliczyliśmy. Nie możemy więcej wymagać od naszego narodu. Zbiory okazały się gorsze niż szacowaliśmy w sierpniu, nie tylko pszenicy, lecz także wszystkich innych upraw”.

Wschodnioniemiecki przywódca odpowiedział w dramatycznym tonie: „Proszę spytać Leonida Iljicza, czy z powodu 2 milionów ton ropy konieczna jest destabilizacja NRD. Jesteśmy głęboko dotknięci waszym nieszczęściem, mimo że nie znam żadnych szczegółów. Ale NRD musi pozostać stabilna”. W tych dniach łzy Leonida Breżniewa musiały obficie skropić mury Kremla, bo podobne listy gensek napisał do wszystkich swoich środkowoeuropejskich wasali. I wszyscy oni, podobnie jak Honecker, zaprotestowali. Na tyle stanowczo i skutecznie, że Breżniew wycofał się ze swoich zapowiedzi. Komunistyczni książęta się zbuntowali. Cichutko, w zaciszu gabinetów, ale stanowczo. „Nie widzisz, że od dawna nie jestem już żadnym autorytetem” – oświadczył Leonid Breżniew ekspertowi ds. niemieckich w sowieckim Ministerstwie Spraw Zagranicznych, Walentinowi Falinowi. Był to zadziwiający przebłysk zdrowego rozsądku „wybitnego obrońcy pokoju”.

„Bunt wasali” pogorszył sytuację gospodarczą ZSRS. Tym mocniej, że dzięki zabiegom Stanów Zjednoczonych i sojuszowi Waszyngtonu z Arabią Saudyjską oraz innymi państwami arabskimi, w drugiej połowie lat osiemdziesiątych cena baryłki ropy naftowej spadła do 10-12 dolarów. „Przypływ dolarów zmniejszył się o dwie trzecie” – skarżył się Michaił Gorbaczow. W efekcie, w 1988 roku wydobycie ropy w ZSRS przestało już spadać – ono zaczęło pikować. Eksplodowało za to zadłużenie Związku Sowieckiego, bo spadek cen ropy na światowych rynkach spowodował, że Moskwa była zmuszona zaciągać coraz więcej kredytów. Budżet się nie domykał i to nie domykał coraz bardziej dramatycznie. O ile w 1986 roku saldo bilansu płatniczego wyniósł minus 14,3, to dwa lata później już minus 18,6 miliardów dolarów. W 1989 roku sytuacja stała się naprawdę dramatyczna, bo podczas gdy wpływy do budżetu niewiele przekroczyły 31 miliardów dolarów, to wydatki wyniosły 56,3 miliarda dolarów. Deficyt przekroczył więc 25 miliardów dolarów i był niewiele mniejszy niż wpływy!

Ropa naftowa, gaz i inne surowce nie były jedynym problemem sowieckiej gospodarki. Tragicznie niewydajna była wieś, gdzie stosunki społeczne przypominały feudalizm. Widomym tego znakiem było pogarszające się u progu ósmego dziesięciolecia XX wieku zaopatrzenie. Według analityków amerykańskiego wywiadu, na początku lat osiemdziesiątych sytuacja żywnościowa w Związku Sowieckim była najgorsza od momentu zainstalowania się na Kremlu ekipy Breżniewa. Podczas Plenum KC KPZS w połowie listopada 1981 roku Leonid Breżniew zmuszony był przyznać, że w najbliższych pięciu latach „istnieć będą przerwy w dostawach mięsa, przetworów mlecznych, tkanin bawełnianych i szeregu innych towarów”. A przecież tę dziurę starano się ze wszystkich sił załatać, bo przodujące mocarstwo z przodującym ustrojem musiał być przodujące we wszystkim. W samym tylko 1981 roku, jak poinformował wicepremiera Mieczysława Rakowskiego minister rolnictwa Jerzy Wojtecki, Związek Sowiecki sprowadził z zagranicy 300 tysięcy ton mięsa, czyli tyle ile w ciągu roku spożywano w Polsce oraz 45 tysięcy ton zboża. A przecież przed bolszewickim zamachem stanu, Rosja była dużym eksporterem zboża. Teraz zaś, mimo że miała więcej żyznych terenów niż Stany Zjednoczone i Kanada razem wzięte, nie potrafiła wyżywić nawet własnych mieszkańców. W tej sytuacji gensekowi nie pozostało nic innego, jak pouczyć – po 64 latach funkcjonowania leninowskiego modelu gospodarczego – wszystkich pracowników „frontu rolnego”, że powinni „szczególnie umiejętnie dostosować pracę w rolnictwie do przeciwności klimatycznych”. Jednocześnie, aby nieco poprawić nastroje obywateli Związku Sowieckiego, agencja prasowa TASS doniosła, a wszystkie dzienniki natychmiast przedrukowały ten materiał, że z poważnymi problemami boryka się także amerykańskie rolnictwo. „Ograniczenie produkcji rolnej stworzyło groźbę skrajnych niedoborów żywności w Stanach Zjednoczonych – ogłosili sowieccy propagandyści – a szczególnie niepokojące jest to na północno-wschodnich obszarach USA”.

Tymczasem jednak to nie w Stanach Zjednoczonych, ale w wielu rejonach Związku Sowieckiego wprowadzono kartki na masło i mięso, coraz częściej obywatele byli też zmuszeni do kupowania nawet najbardziej podstawowych towarów na bazarach, gdzie ceny były często dwu-, a nawet trzykrotnie wyższe niż w państwowych sklepach. Do codziennego słownika powróciło słowo „dostawat”, czyli załatwić. Brakowało dosłownie wszystkiego. W 1984 roku Błażej Nadobnik był na studenckim obozie pracy w miejscowości Żdanow. Wieczorem 22 lipca, z okazji „święta Polski Ludowej”, gospodarze urządzili uroczyste ognisko. W ramach „cateringu” w popiół wrzucono ziemniaki. Nie dla wszystkich jednak. „Ziemniaki tylko dla Polaków” – zapowiedziano uczestniczącym w imprezie sowieckim studentom.

Wszystkich zainteresowanych serdecznie zapraszam na spotkanie autorskie, które odbędzie się 12 stycznia 2017 roku w Cafe Niespodzianka przy ulicy Marszałkowskiej 7. Początek o godzinie 18,00
Trwa ładowanie komentarzy...