O autorze
Piotr Gajdziński – publicysta miesięcznika „Odra”, były dziennikarz „Wprost” i „Rzeczpospolitej”, publikował m.in. w „Polityce”, „Tygodniku Powszechnym” oraz „Życiu Gospodarczym”. Autor kilku książek, w tym wydanej we wrześniu 2014 roku biografii Edwarda Gierka pod tytułem „Gierek. Człowiek z węgla”. W styczniu 2017 roku na rynku ukazała się biografia Wojciecha Jaruzelskiego "Czerwony Ślepowron"

Kremlowska gerontokracja

W „Erze dinozaurów”, fragmencie mojej biografii Wojciecha Jaruzelskiego „Czerwony Ślepowron” pisałem, że w 1981 roku ZSRR był zbyt słabym gospodarczo państwem, aby zdobyć się na interwencję w Polsce. Ale ważna była nie tylko ekonomia, ważne było też przywództwo. Związkiem Radzieckim rządził wówczas Leonid Breżniew, w 1981 roku 75-letni, schorowany starzec, zasiadający na kremlowskim tronie od 1964 roku.

W wybranym w 1981 roku Komitecie Centralnym Komunistycznej Partii Związku Sowieckiego, zaledwie 27 z 479 członków nie skończyło jeszcze pięćdziesiątego roku życia, a najbliżsi współpracownicy genseka byli znacznie starsi. W tym gronie jedynie 67-letni wówczas Andropow i 70-letni Czernienko mogli uchodzić za młodzieńców, bo Pelesze miał 82 lata, Susłow 81, Ustinow 73, Gromyko 72. W tej sytuacji stworzono w Ministerstwie Zdrowia specjalny wydział dla najważniejszych ludzi w państwie. Notabene Komitet Centralny miał też specjalne gospodarstwo rolne, które dostarczało żywność na stoły genseka i jego najbliższych współpracowników, cała armię krawców i szewców pracujących wyłącznie dla najwyższych funkcjonariuszy partii, a ci nieco niższego rzędu mogli się zaopatrywać w specjalnych sekcjach słynnego GUM-u, położonego przy Placu Czerwonym. O „leciwych wodzów” dbano też w inny sposób. Pod koniec lat siedemdziesiątych podjęto decyzję o skróceniu czasu pracy członków Biura Politycznego – ich urzędowanie miało zostać ograniczone do ośmiu godzin, ale jeden dzień w tygodniu mieli prawo pracować w domach, wydłużono też urlopy. Jak w praktyce wyglądała praca na szczytach sowieckiej władzy opisał później Michaił Gorbaczow. „Niektóre posiedzenia, żeby Breżniew się zbytnio nie zmęczył, trwały 15-20 minut. To oznaczało, że dłużej wszyscy się zbierali, aniżeli pracowali. Czernienko wcześniej umawiał się z nami, żeby po postawieniu jakiegoś pytania szybko padło zdanie: wszystko jest jasne! Zaproszeni goście musieli opuszczać salę tuż po przekroczeniu jej progu, ale uważało się, że zagadnienie zostało omówione na posiedzeniu Biura Politycznego. Nawet gdy Breżniew czuł się trochę lepiej, to i tak było mu ciężko śledzić tok dyskusji i wyciągać wnioski. Dlatego też kiedy omawiano ważne kwestie, z reguły zabierał głos jako pierwszy i czytał przygotowany tekst z kartki. Po tym uważano, że nie wypada omawiać czegokolwiek po nim, a więc znowu padało zdanie: Trzeba zgodzić się z opinią Leonida Iljcza… Należy zaakceptować”.
Taki system skutkował rozrostem komisji. Stworzono dwadzieścia stałych i tymczasowych komisji, które przygotowywały decyzje, które później w iście sprinterskim tempie Biuro Polityczne na czele z ledwie żyjącym Breżniewem zatwierdzało. „W istocie komisje stopniowo zastępowały i Biuro Polityczne, i Sekretariat, z czasem posiedzenia Biura Politycznego stawały się coraz bardziej formalne” – podsumowywał Gorbaczow.

System oligarchicznej stabilizacji
Gerontokracja, w której nie było przypadku. Breżniew zdobył władzę w wyniku spisku i w partyjnym życiu kierował się stalinowską zasadą „Kadry decydują o wszystkim”. Dlatego starannie dobierał współpracowników wiedząc, że starsi wiekiem działacze nie będą chcieli, nie będą mieli dość sił i woli, aby ryzykować. Jeśli niektóre, ważne z punktu widzenia zapobieżenia puczowi stanowiska – na przykład szefa KGB, szefa służby ochrony (też rekrutującej się z funkcjonariuszy Komitetu), kontrwywiadu wojskowego, szefostwa Moskiewskiego Okręgu Wojskowego, a także niektórych Wydziałów KC – wymagały nieco młodszych i sprawniejszych działaczy, były obsadzane przez członków najściślejszej breżniewowskiej kamaryli. Nie wyłączając członków rodziny genseka. Na pozostałych stanowiskach wystarczała znajomość z gensekiem i lojalność. Breżniewowski minister budownictwa, gdy tylko ktoś z władz wypowiadał krytyczną ocenę pod adresem tego resortu, „niby mimochodem i poufale pytał: Czy wiecie, że z Leonidem Iljiczem jeszcze w szkole siedziałem w jednej ławce” – napisał w swoich wspomnieniach Gorbaczow.
W systemie „oligarchicznej stabilizacji” Breżniew i jego kamraci mogli spokojnie urzędować i konsumować owoce władzy. Gensek to kochał, choć jego codzienne wymagania i konsumpcyjne ambicje były bardzo proletariackie. Moskiewskie mieszkanie genseka mieściło się w kamienicy przy Kutuzowskim Prospekcie w samym centrum miasta i miało sześć pokoi. Do obsługi szefa Komunistycznej Partii Związku Sowieckiego KGB wyznaczyło kucharza, kelnera oraz sprzątaczkę. Za sąsiadów Breżniew miał wyłącznie wysoko postawionych funkcjonariuszy kompartii, w tym Jurija Andropowa. Ale nie lubił tu przebywać. Znacznie bardziej cenił sobie dwukondygnacyjną daczę w Podmoskwiu, ale i tam luksusów nie było, może z wyjątkiem magnetowidu, urządzenia na owe czasy we wschodniej Europie dość ekstrawaganckiego. Po powrocie z Kremla, gensek z reguły przebierał się w dres i, skroplony wodą kolońską „Ryżanin”, oglądał programy telewizyjne korzystając z sowieckiego odbiornika „Rubin”. Szczególną uwagę poświęcał dziennikowi „Wremia”, najważniejszej propagandowej audycji w sowieckim imperium. To był rytuał, podobny jak w wypadku Wojciecha Jaruzelskiego, który namiętnie oglądał „Dziennik Telewizyjny”. Na kolację Leonid Iljicz lubił zjeść parówki z makaronem. Nic więc dziwnego, że – jak wspominało wiele osób wypoczywających w ZSRS – to wyrafinowane danie, które z dużą dozą wyobraźni i jeszcze większą dobrej woli, można z włoska nazwać spaghetti parola, było żelaznym punktem menu wszystkich ośrodków urlopowych dla najwyższej kadry partyjnej. Sam Breżniew najchętniej wypoczywał w krymskiej posiadłości Niżna Oreanda nieopodal Jałty.
Był także Breżniew wielkim wielbicielem polskiego salcesonu. Podczas pobytu na ostatnim, jeszcze „gierkowskim” zjeździe PZPR, z powodu stanu zdrowia wiele godzin spędził przesiadując w hotelowym pokoju. Któregoś wieczoru nagle się ożywił i zapragnął zjeść salceson, którego smak poznał jeszcze w Dnieprodzierżyńsku. Piotr Kostikow, nadzorca Polski z ramienia KC KPZS, napisał w swoich wspomnieniach „Widziane z Kremla”: „Na stole przed Breżniewem wyrosły stosy salcesonów w różnych gatunkach, białych, czarnych, włoskich, brunszwickich, cienkich, grubych... Leonid Ilijcz jakby się obudził. Przełykając ślinkę, zaprosił mnie do towarzystwa i zaczęliśmy ucztę. Jedzcie, smakujcie – był człowiekiem wielce towarzyskim, któremu bardziej smakuje, kiedy widzi obok siebie smakoszy. Jadł i jadł, nie wymawiając. Ja, wtedy człowiek w pełni sił, ze zdrowym żołądkiem, pojadłem jak się patrzy, ale ten schorowany starzec, za przeproszeniem, żarł. Z ogromnym smakiem i radością żarł. Mama by posmakowała, ale by jej to posmakowało, szkoda, że jej tu z nami nie ma. Tego dnia Breżniew poszedł do sypialni szczęśliwy jak dziecko”.

Breżniew pije korespondencyjnie
Długie lata dużo palił. Specjalnie dla niego robiono papierosy „Nowość”, w którym wykorzystywano tytoń sprowadzany z amerykańskiego stanu Wirginia. Papierosy miały, niespotykany wówczas w Związku Sowieckim, węglowy filtr. Po ciężkim zawale serca w 1976 roku, aby chronić zdrowie „drogiego towarzysza Breżniewa”, sowieccy inżynierowie sporządzili dla genseka specjalną papierośnicę, która „wypluwała” papierosa nie częściej niż co godzinę. Już później, zmuszony do porzucenia nałogu, prosił czasem swoich współpracowników, a jeszcze częściej ochroniarzy, aby zapalili w jego towarzystwie i aby mógł pooddychać dymem. W tym czasie już tylko „korespondencyjnie” spożywał również alkohol. Czasem, w drodze z Kremla do Podmoskwia, Breżniew wyciągał rubla i oznajmiał: „Chłopaki, ja rubla mam”, co miało znaczyć, że dokłada się do wódki. W tej sytuacji, jego dwaj najbliżsi ochraniarze niby to „urywali” się innym samochodom ochrony – choć spektakl był oczywiście zainscenizowany – i podjeżdżali pod umówiony sklep. Kupowali butelkę, którą następnie funkcjonariusze KGB na oczach zachwyconego genseka spożywali na leśnej polanie.
Jedną z wielkich namiętności Breżniewa były samochody. Według niektórych źródeł, automobilowa kolekcja genseka liczyła 324 pojazdy. Na pewno był wśród nich specjalny egzemplarz Nissana Presidenta podarowany mu przez premiera Japonii. Królowa Elżbieta II sprezentowała mu Rolls-Royce’a Silver Ghost, a wcześniej identyczną maszynę dostał od amerykańskiego multimilionera Armanda Hammera, właściciela Occidental Petroleum. W 1969 roku do breżniewowskiego garażu wjechał jeszcze jeden samochód tej marki. Richard Nixon, prezydent Stanów Zjednoczonych, podarował gensekowi specjalnie zmontowanego, ciemnoniebieskiego Lincolna Continentala z przymocowaną na desce rozdzielczej tabliczką „Na dobrą pamiątkę. Najlepsze życzenia”. Kluczyki do auta Nixon wręczył gensekowi podczas spotkania w Camp David, a Breżniew postanowił natychmiast prezent wypróbować. Usiadł za kierownicą i chwacko ruszył do przodu. Pędził leśną drogą z tak zawrotną prędkością, że amerykański prezydent był naprawdę wystraszony. Ale udało się, nikomu nic się nie stało.
Na co dzień sekretarz generalny Komunistycznej Partii Związku Sowieckiego podróżował specjalnie dla niego przygotowaną Wołgą GAZ-24-95, z napędem na cztery koła. Powstało pięć egzemplarzy tego modelu. Tym samochodem Leonid Breżniew każdego dnia podróżował z Kutuzowskiego Prospektu lub, częściej, z Podmoskwia, na Kreml, na który punktualnie o 10,00 wjeżdżał Bramą Borowicką. W dawnej siedzibie carów jego bezpośrednie włości obejmowały gabinet, sekretariat i mierzący niewiele ponad 10 metrów kwadratowych pokój, w którym spożywał obiad. Do jego dyspozycji był też oczywiście pokój wypoczynkowy z kanapą, zlewem i wreszcie przedpokój z wieszakiem na płaszcze oraz toaletą. Z gabinetem sąsiadował niewielki pokój dla funkcjonariuszy ochrony genseka. Natomiast w głównej siedzibie Komunistycznej Partii Związku Sowieckiego, mieszczącej się na Starym Placu, Breżniew miał do dyspozycji gabinet oraz pokój wypoczynkowy. Ale tutaj bywał rzadziej, wolał pracować na Kremlu. Choć osoby, które gościły w tym budynku twierdzą, że był on urządzony z przepychem. Na czwartym piętrze tego budynku, w „wewnętrznym sanktuarium władzy”, usytuowano najważniejsze gabinety świata komunistycznego. Piętro było wyłożone puszystymi dywanami, ściany orzechowym drewnem, a gabinety miał wielkość pokładu lotniskowca. „Było to jedyne miejsce w całym gmachu, gdzie urzędnik mógł siedzieć wprost pod portretem Lenina. Tak jakby twórca sowieckiego państwa przemawiał do przyszłych pokoleń za pośrednictwem gospodarzy tych gabinetów – napisał Michael Dobbs, moskiewski korespondent „Washington Post” w książce „Precz z Wielkim Bratem”. – Wszystko to miało wzmocnić wrażenie, że ma się do czynienia z jego duchowymi dziedzicami”. To, wbrew pozorom, miało istotne znaczenie, bo sowiecka pragmatyka bardzo ściśle regulowała, gdzie i jakie portrety „ojców założycieli” mogą wisieć. W gabinetach niższych urzędników wieszano wyłącznie wizerunki Lenina. Jeśli ściany zdobiły portrety i Lenina, i Marksa oznaczało to, że w gabinecie urzęduje przynajmniej kierownik wydziału. Wniesiona do gabinetu herbata na tacy była widomym znakiem, że masz do czynienia ze zwykłym kancelistą, ale jeśli na tacy była też serwetka, to gospodarzem jest ktoś z wyższej biurokratycznej półki. Uniformizacja obejmowała zresztą niemal każdą dziedzinę życia obywatela ZSRS. Najwyższe partyjne gremia ustaliły, że podmiejskie dacze obywateli nie mogą być większe niż 25 metrów kwadratowych, a ich taras nie może przekraczać powierzchni 10 metrów kwadratowych. Zabroniono budowani w ogrodach łaźni, zezwolono natomiast na posiadanie na działce królikarni. Instruktor Komitetu Centralnego dostawał przydział na futrzaną czapkę raz na dwa lata, a partyjna sekretarka lub szofer mieli prawo zmienić nakrycie głowy raz na trzy lata. Ale nie wszystko dało się uregulować. W budynku przy Placu Starym przedmiotem szczególnej zazdrości był gabinet Michaiła Susłowa, który upodobał sobie pracę w głównej siedzibie Komitetu Centralnego. Okna tego gabinetu wychodziły na pomnik Dzierżyńskiego przy siedzibie KGB na Łubiance i później, po śmierci Susłowa, w tym gabinecie urzędowali Andropow, Czernienko, a w końcu Gorbaczow.

Kochał być kochanym i kochał siebie
Czasy Breżniewa nazwano w Związku Sowieckim „kultem jednostki bez osobowości”. Z naciskiem na kult. Breżniew kochał być kochanym i kochał siebie. Miłość własna, po latach sprawowania niepodzielnej, w istocie dyktatorskiej władzy, była u Leonida Iljicza nieprzebrana. Anatolij Dobrynin, kierownik Wydziału Międzynarodowego KC Komunistycznej Partii Związku Sowieckiego i wieloletni sowiecki ambasador w Stanach Zjednoczonych wspominał, że podczas jednego ze spotkań z gensekiem ten nagle wstał i wyszedł z pokoju. Wrócił po kilkunastu minutach odziany w mundur marszałka Związku Sowieckiego – w 1976 roku, wzorem Józefa Stalina, rzeczywiście mianowano go marszałkiem – ozdobiony, jakże by inaczej, całą baterią medali. „Jak wyglądam?” – zapytał niczym pensjonarka. „Kompanie honorowe, wielkie bankiety wyprawiane na Kremlu na cześć zagranicznych przywódców, sprawozdania w gazetach i cały ten sztafaż. Kazał sobie robić zdjęcia, które trzymał w prywatnych albumach i kochał pokazywać je innym – napisał Dobrynin. – Wolał dobrą uroczystość podpisania dokumentów końcowych od pracy nad ich przygotowaniem”.
Mundur nie musiał być zresztą od razu marszałkowski. Musiał być tylko mundurem. Gdy podczas jednej z wizyt w Polsce Edward Gierek, I sekretarz KC PZPR, sprawił mu górniczy uniform, był bliski łez. Najlepiej jednak, gdy mundury przyozdabiały odznaczenia. Miał ich bez liku. Czterokrotnie został odznaczony tytułem Bohatera Związku Sowieckiego, ośmiokrotnie Orderem Lenina, dwukrotnie Orderem Rewolucji Październikowej i Czerwonej Gwiazdy oraz Orderem Zwycięstwa. Był oczywiście Bohaterem Pracy Socjalistycznej. Był kawalerem Orderu Chmielnickiego, Orderu Wojny Ojczyźnianej, Medalu za Wyzwolenie Warszawy, Medalu za Obronę Odessy, za Zdobycie Wiednia, Krzyża Grunwaldu, Orderu Karola Marksa, dwukrotnie został odznaczony Orderem Klementa Gottwalda. Miał zresztą wszystkie najważniejsze odznaczenia państw komunistycznych i wiele najważniejszych państw zachodnich. W październiku 1980 roku sowieckie gazety z triumfem ogłosiły, że Breżniew dostał kolejną nagrodę – statuetkę „Złotego Merkurego”, którą włoscy dziennikarze przyznali gensekowi „za zasługi dla pokoju i współpracy”. Łącznie, jak obliczono już po upadku ZSRS, Leonid Iljicz Breżniew miał blisko dwieście odznaczeń. Gdy trumnę genseka odprowadzano do grobu, jego ordery niosło na specjalnych poduszkach 44 wyróżniających się oficerów Armii Czerwonej. Moskiewska ulica, po cichu i ostrożnie żartowała, że brakowało wśród nich tylko dwóch: Miasta Bohatera i Matki Bohatera.

Zaproszenie
Zapraszam wszystkich zainteresowanych 26 stycznia 2017 roku do Muzeum Tradycji Niepodległościowych w Łodzi przy ulicy Gdyńskiej 13. Od godziny 18,00 będę miał przyjemność dyskutować o Wojciechu Jaruzelskim z wybitnym historykiem, profesorem Antonim Dudkiem.
Trwa ładowanie komentarzy...